Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 278 088 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


O listopadowym wieczorku literackim...

piątek, 27 listopada 2009 23:55

 

 

WIECZORKOWA POMROCZNOŚĆ

(reportaż)

 

Listopad jest miesiącem, w którym o melancholię nie trudno. Zwłaszcza poetycka wrażliwość sprawia, że ta tęsknota za większą dawką słońca, za ciepłem, czy wręcz za czymś bliżej nie określonym uwidacznia się w wierszach w sposób znaczący. Tak też było podczas minionego wieczorka literackiego pt. „Listopadem malowane", zorganizowanego przez Krajowe Bractwo Literackie.

 

W Sali Kominkowej Klubu Garnizonowego listopadowy wieczorek zaczął się nietypowo. Podczas autorecytacji - przy stołach ustawionych w podkowę - braccy poeci nie opuszczali swoich miejsc, siedząc wraz z gośćmi. Wyjątkiem był jedynie tematyczny felieton Romka Dopieralskiego odczytany na scenicznym podwyższeniu. Okazało się, że listopad i na prozie wybija swoje melancholijno-nostalgiczne piętno. W felietonie padło wprost stwierdzenie, że dla skrajnych listopadowych pesymistów ten miesiąc jest trzydziestodniową przerwą z życiorysie! Jedynie goście okazali się w tym felietonowym zapisie optymistami, udowadniając ów fakt przyjściem na tenże wieczorek.

Poezja od prozy została przedzielona muzycznym przerywnikiem. „Intymny świat" Igi Cembrzyńskiej odśpiewała uczennica III klasy Państwowej Szkoły Muzycznej II stopnia, Manuela Dobrowolska. W eter poszły piękne słowa piosenki: „A ja mam swój intymny mały świat // Hen za morzem smutków, za górami marzeń tam // Wiedzie doń zagubionych ścieżek ślad // Senne półksiężyce mogą wskazać drogę nam..."

A w pierwszej części poetyckich uniesień było tak: „Bezlistne drzewa / desperacko / próbują być piękne // tną / garbatymi konarami / nalot wilgoci" - to fragment wiersza Beaty Piochy. W utworze Krysi Wajdy jedynie wiatr nieuległy był listopadowi: „walcząc z coraz ostrzejszym powietrzem / podejmuje rękawicę / i w porywach łapie / ostatnie oddechy / odchodzącej jesieni". Melancholia dopadła nawet Janka Lutobarskiego, autora radosnych raczej wierszy: „W taką pogodę / ptaki nawet milkną / usłane sianem / łąki niesprzątnięte / gdzie ich urok wiosenny". Natomiast Irenka Peszkin miesiąc listopad podciągnęła już do czerni wręcz niedościgłej: „Generalna próba / zmierzchu / wszak zmrok / zapadnie i dla nas / nieuchronnie". Zaś Zdzisiek Grzanowicz poszedł w listopadowy patos: „Czcijmy pamięć o tych, co polegli na polu chwały / Tych, co w maciejówkach niepodległość wykuwali / I tych, co z ruin kraj odgruzowywali / Tych spod Lenino / I tych spod Monte Cassino". Na listopad skarżył się nawet nasz słupski gość - Maciek Michalski, który po raz pierwszy przekroczył skromne Bractwa progi: „zaczyna doskwierać brak słońca / który usiłujemy zastąpić / blaskiem cmentarnych lampek". Jednak w dalszej fazie wiersza, Maciek zaczyna widzieć wszystko jakby optymistyczniej: „a kiedy to się nie udaje / szukamy świateł w sobie".

Nawet od pięknej poezji trzeba nieco odpocząć. Tym razem przerywnik muzyczny zaśpiewano w duecie. Do poznanej już Manueli Dobrowolskiej dołączyła jej koleżanka ze szkolnej ławy, Emilka Wiszniewska. Razem rozkołysały publikę szlagierowym „Sway" zespołu Pussycat Dolls. Jak na "laleczkowe kociaki" przystało, rozpoczęły tymi oto słowami: „When marimba rhythms start to play / Dance with me, make me sway / Like a lazy ocean hugs the shore / Hold me close, sway me more...".

Druga poetycka odsłona rozpoczęła się bardziej optymistycznie. Emilka Szybista, najwyraźniej nie przejęta listopadowym marazmem, tak zaczęła swój wiersz: „Argumentów wiele i wszystkie zasadne / tyle cennych zalet nie ma pora żadna / Niezwykle urocza, bogata, zasobna / dumna i potężna, i niezwykle szczodra". W sukurs poszła Emilce nestorka Bractwa, Regina Adamowicz: „Wiosna  już za nami / Minęły lata dni gorące / My wciąż żyjemy wspomnieniami / A z życiem trzeba na bieżąco // Spójrz na te piękne dni jesienne / Patrz jak spadają liście złote / Chociaż pogoda bywa zmienna / Na pewno każdy ma na coś ochotę". Ewa Pietrzak też nie poddała się listopadowej pomroczności: „Zagrajmy z jesienią w zielone / o jeszcze jeden kasztan w kieszeni / kiść jarzębiny podrzuconej do karmika / szelest liści na wspólnym spacerze". A już wprost zakpiła sobie z listopadowych smutków Zosia Zawilska. Jej utwór pt. „Grzybobranie" był opowieścią na jedną sylabę. Oto jego pierwsza zwrotka: „Świt się kluł, pełzł jak wąż / Bo mrok wciąż chciał tu trwać / Aż gdy blask od zórz wszedł / Mrok się skrył za pnie drzew / I dzień już mógł się stać".

I jeszcze jeden przerywnik muzyczny dało się posłyszeć tego wieczoru. Emilka Wiszniewska odśpiewała piękny utwór Hani Banaszak - „Tak bym chciała kochać już". A tak w zapisie wygląda jedna ze zwrotek, tejże zmysłowej piosenki: „Tak bym chciała kochać już / ja nie mam czasu do stracenia / mnie się spieszy / Pieszczotę twych pocałunków / błysk miłosnych burz / ja poznać chciałabym już!". Czy są to również pragnienia młodej wieczorkowej wykonawczyni?

Ostatnią, trzecią już część wierszy rozpoczął Romek Dopieralski utworem „Po prostu wiersz". Ten wiersz był o dylemacie jaki miał autor w związku z napisaniem wiersza. Dylemat ów rozwiązany został, bowiem wiersz powstał. W tej części tylko Bogda Szydłowska i Krysia Pilecka kontynuowały listopadowy wątek. Bogda swój utwór poświęciła listopadowej rocznicy obalenia muru berlińskiego: „i runął mur / przed chwilą / równą dwudziestu latom // to się naprawdę zdarzyło // rozbity uprzedzeń atom / dokonał cudu / czerw bestii zdychał". Zaś wiersz Krysi Pileckiej - jakby odezwa - tak się kończył: „Prawdo odwieczna / w listopadową zadumę / tchnij okruch nadziei / przybliż świętych / obcowanie...". Nieco innego rodzaju obcowanie wystapiło u Janka Wiśniewskiego („Sam na sam z morzem"): „Rozkołysane i spienione / w jesiennym sztormie / smagnięciami mokrego wichru / w obcowania intymność zapraszasz". Natomiast wiersz Irenki Wiercińskiej pt. „Mały Maksio piłkę kopie..." wyczerpał wieczorkowy limit na poezję - „Mały chłopiec piłkę kopie / ona turla się i znika / gdzieś pod stołem goni kota / który przed nią skocznie fika // Kiedy nóżka trafia w piłkę / rączki same robią klask / wiemy wtedy już na pewno / w małym Maksiu - piłkarz Maks". I tak oto od listopadowej pomroczności, wieczorek literacki dotarł w swych treściach do dziecięcej beztroski.

(Roman Dopieralski)

 

 

PS  Niebawem będzie zaprezentowany owy felieton czytany na stojąco i  wiersze z wieczorowej autoprezentacji poezji z pozycji siedzącej.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Fotorelacja z Listopadowego Wieczoru Literackiego

piątek, 20 listopada 2009 20:02

Tak było wczoraj na naszym wyjątkowym
 Wieczorze Literackim
p.t. "Listopadem malowane"




To była prawdziwa i wyjątkowa biesiada literacka



Poeci prezentowali swoje utwory wśród zgromadzonej publiczności.
 Na zdjęciu Maciej Michalski, który przybył do nas ze Słupska.



Te dwie młode damy to wokalistki z Zespołu Szkół Muzycznych w Koszalinie,
które oprawiły pięknym śpiewem naszą literacką biesiadę.



Beata Piocha- reżyserka wieczoru i prowadząca w jednej osobie.



Sala była wypełniona przez miłośników żywego słowa:
literatów, czyli członków KBL, oraz wierną publiczność.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Fraszką okrasić listopad...

czwartek, 19 listopada 2009 13:56

 

  

ZOSIA ZAWILSKA

na

WESOŁO

 

 

 Zofia Zawilska

 

 Jest to już trzecie blogowe podejście (oczywiście udane!) do tomiku „Grządki fraszek" naszej humorystki Zosi. Jej teksty są rewelacyjne zwłaszcza na listopadowe słoty.

Dzień teraz krótki, słońca mało, więc i o uśmiech jakby trudniej. Natomiast fraszki Zosi mają w sobie coś takiego, że nie tylko zmuszają do refleksji, ale przede wszystkim - powodują rozluźnienie mięśni naszej twarzy, a kąciki ust same wędrują mimowolnie w kierunku uszu.

I o to chodzi, bo śmiech to zdrowie!!!

Oto fraszki z trzeciego rozdziału zatytułowanego „We mgle polityki". Ponoć każdy Polak to wytrawny polityk, więc tym większe zrozumienie i uśmiech być powinny...

 

 

We mgle polityki

 

We mgle polityki

Lampa prawdy zgasła

I przeszłość i przyszłość

Przestaje być jasna

 

 

 

Z wiatrem

 

Choć gorliwie wyznawali

Wiarę w wieczny socjalizm

Ustawili z czcią od razu

Kapitalizm na ołtarzu

 

 

 

Bonusy

 

Stan wojenny był zbawienny

Gruba kreska była ekstra

Transformacja - super racja

W sumie - wspaniałe zdobycze

Że tylko leżeć i kwiczeć

 

 

 

Rzeczpospolita

 

Zapytał zmęczony dzieciak

Przy historycznych lekturach:

Czwarta jest? Czy znów trzecia?

I tak ogólnie, to która?

 

Usłyszał prostą odpowiedź:

Nie w numeracji siła

Ważne jest tylko jaka

I żeby w ogóle była

 

 

 

Karuzela

 

Czart rozkręcił karuzelę

Już zajęte miejsca wszystkie

Afera goni aferę

Aferzysta ściga aferzystę

 

 

 

Termodylemat

 

Świat swego zakończenia

Rozważa dwie odmiany:

Czy ma być zimna wojna?

Czy efekt cieplarniany?

 

 

 

Ameryka

 

Żeby wrogów swych odstraszyć

Chce mieć tarczę w kraju naszym

A my wtedy, nieboracy

Na tej tarczy jak na tacy

 

 

 

Polityk

 

Polityk - to nie rzeka

W głowie mu nie świta

Żeby kiedykolwiek

Wystąpić z koryta

 

 

 

Akces

 

Ja chcę być z Europą

Ale nie pod jej stopą

 

 

 

Ubóstwianie

 

Władza ubóstwia naród

Ubóstwia z każdej strony

Dzięki władzy w ubóstwie

Żyją  już miliony

 

 

 

Władza ludu

 

Tak się ma władza ludu

Do zwierzchniej władzy polskiej

Jak laska kulawego

Do laski marszałkowskiej

 

 

 

Liberalizm

 

Można inaczej kochać

Można inaczej wierzyć

Myśleć - pod żadnym pozorem

Inaczej nie należy

 

 

PS  Przypominamy, że dzisiaj organizujemy wieczorek literacki. Czy będzie równie wesoło jak przy fraszkach Zosi? Żeby to sprawdzić, trzeba przyjść i na własne ucho się przekonać. Tym bardziej, że Zosia ma w zanadrzu oczywiście coś wesołego do zaprezentowania.

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Wieczór Literacki - "Listopadem malowane"

sobota, 14 listopada 2009 12:11
Wieczór Literacki
"Listopadem malowane"





Już dzisiaj zapraszamy wszystkich chętnych
na Wieczór Literacki
pod tytułem
"Listopadem malowane",
który odbędzie się 19 listopada 2009r
o godz. 17,00
w Klubie Garnizonowym
na ul. Gen. Andersa 32

Do zobaczenia!

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

U brackich warsztatowo o listopadzie...

czwartek, 12 listopada 2009 15:54



ZAPRASZAMY

na

LITERACKIE WARSZTATY !!!

;-)

Już dzisiaj (czwartek) o godz. 17 odbędą się warsztaty literackie naszego Bractwa.
Przybyć może każdy piszący i niepiszący !!!
Nie stosujemy żadnych barier.
Kto może, niechaj przyniesie ze sobą dwa utwory na zadany miesiąc temu temat.
Oto on w pełnym brzmieniu:
"LISTOPADEM MALOWANE".
Mogą być również wiersze o dowolnym temacie.
Posłuchamy, poprawimy (jeżeli autor utworu wyrazi zgodę), pochwalimy i ewentualnie zakwalifikujemy wiersz do odczytania na WIECZORKU LITERACKIM za tydzień (19 listopada).
Miejscem dzisiejszego spotkania są niezmiennie i niezmiernie gościnne progi koszalińskiego Klubu Garnizonowego przy ul. Andersa 32.

;-)


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Tomiku pokonkursowego ciąg dalszy i ostateczny...

środa, 11 listopada 2009 0:00

 

 

LAUREATKA "ISTOTY CZŁOWIEKA"
w

KATEGORII SATYRY

oraz

WYRÓŻNIENIA DRUKIEM




W kategorii fraszki i satyry przyznano:


WYRÓŻNIENIE
autorowi zestawu oznaczonego godłem „Kaguru", czyli Marioli Pumpołowicz z Koszalina

 


Ponadto jury postanowiło wyróżnić drukiem utwory poetyckie:


- *** (Agnieszka - moje vis a vis) - autora oznaczonego godłem „Agnieszka", czyli Teresy Boguszewskiej z Warszawy

- Błękit - autora oznaczonego godłem „kreska_niebieska", czyli Katarzyny Zając z Ozimka

- ***  (i znów powracam w strony mi bliskie) - autora oznaczonego godłem „szymon", czyli Zdzisława Drzewieckiego z Białego Boru

- Zrównanie - autora oznaczonego godłem „żagle fenickie fenickich żeglarzy", czyli Dominika Żyburtowicza z Koszalina




Wyróżnienie w kategorii "Satyry i fraszki": Mariola Pumpołowicz z Koszalina

I. Otępienie

 W dalekim kraju, co żarem słynie,

stary szejk mieszkał, niecnie bogaty.

Kąpieli tylko zażywał w winie,

a brylantami ozdabiał szaty.

Sto żon miał albo i drugie tyle,

jednak chciał więcej, a na dodatek

tylko dziewice, lecz nie motyle

przelatujące z kwiatka na kwiatek.

Kiedy już spełnił swoje zachcianki

i harem setką dziewcząt odmłodził,

to musiał sprawdzić swoje wybranki.

Wtedy... cel pracy ogiera zmroził.

 

Po co wymieniać wciąż młodsze żony,

skoro scyzoryk jest przytępiony?



III. Oczytanie

Pisarczyk mierny, rozgłosu pragnąc,

tworzył wciąż, innym pomysły kradnąc.

Coś odejmował lub coś dodawał

i jako swoje myśli podawał.

Rozleniwiło to umysł jego,

biedak... nie stworzył już nic własnego.

 

Można próbować zdobyć uznanie,

choćby naiwnym, lecz własnym zdaniem.





Wyróżnienie drukiem: Agnieszka Boguszewska z Warszawy

*** (Agnieszka - moje vis a vis)


Agnieszka - moje vis a vis

ze złotym wiatrem we włosach

lubi błyszczeć jak mało kto

 

błyszczy powieki półksiężycem

i rzęsą odzianą w czerń

co otula kawałki błękitu

 

pantofelkiem

co ma tak daleko do rąbka spódnicy

której wiatr filuternie rozchyla fałdy

 

czasem wpadam do niej

popatrzeć na błyszczenie

pozazdrościć

w innej epoce przecież

pudrowałam twarz

 

a ona mówi

masz swojego mężczyznę

od stołu i ślubnej obrączki

 

tego samego od dzieci i wnuków

od trosk

rozpełzłych od rana po wieczór

od czułego dotknięcia

i bliskości tak bliskiej

jak spotkanie nocy i dnia

 

i razem

czas was dogania

 

ja mam tylko moje błyszczenie

i samotne poduszki.

 




Wyróżnienie drukiem: Katarzyna Zając z Ozimka

"Błękit"


Rzeka pachnie przemijaniem, rdzawy liść sennie przepływa.

Kilka śladów nad brzegiem - drogowskazów na jutro

albo dzisiaj. Patykiem w chmurach kreślę modlitwę.

I nagle jest ciszej, tylko ważka uważnie prostuje skrzydła.

Dłonie zanurzam, pozwalam obmywać falom.

Trącają lekko, jakby chciały prowadzić gdziekolwiek.

Błękit jest na wyciągnięcie ręki.





Wyróżnienie drukiem: Zdzisław Drzewiecki z Białego Boru

*** (i znów powracam w strony mi bliskie)


i znów powracam w strony mi bliskie

jakbym z najgłębszej nocy wracał

 

przywitam się ze wszystkimi

lecz poznam już chyba niewielu

w rozjaśnionym nagle powietrzu

 

tylko nieliczni też pewnie

pamiętają moje imiona

i znaki które po sobie zostawiłem

co słabnącym żarem tlą się jeszcze

niczym owinięte dłonią

latarenki papierosów

 

ileż pięknie cyzelowanych

kłamstw wykwitnie na naszych ustach

 

ileż wysiłku przyjdzie nam sobie zadać

żeby się tylko nie zranić nawzajem

żeby nie wypomnieć chwili słabości

co by przeszyła nasze ciała

nożem wstydu

 

więc nim świt powiekę nocy podniesie

zgarnę resztki wspomnień

 

i ruszę nie jakbym w dzień wchodził

ale w sam środek najgłębszej nocy wracał





Wyróżnienie drukiem: Dominik Zyburtowicz z Koszalina


"Zrównanie"


...Jeśli nie możesz ukształtować swego życia tak, jak chcesz,

przynajmniej o to się staraj tak, jak możesz:..."

(Konstandinos Kawafis - przekład Zygmunt Kubiak)

 

Odnaleźć własną drogę to otworzyć ten świat we właściwym miejscu, to

otworzyć ten świat we właściwym czasie. To tak, jakbyś dostał zastrzyk w serce

dużą igłą światła. Spójrz: rzeki płyną w stronę, w którą płyną; wilki wyją

 

świerszcze grają- bo taka jest ich natura. Więc ty, który śnisz o przemianach,

chłopcze biegnący wzdłuż przybrzeżnej piany, zauważ z jaką zwykłością

spadają pióra oddalających się sójek- wystarczy zrównać się z tym;

 

wystarczy zrównać się z miejscem, w którym stoją góry, gdzie

powstaje wiatr. I nie pytać wciąż, tak jak pytań nie zadaje kos

uczący się latać, pszczoły osiadające na wybranych kwiatach.

 

Wystarczy zrównać się z tym, odszukać w sobie ten dziki,

naturalny zmysł. Przystanąć, posłuchać go czasem. I żyć.

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Pokonkursowego tomiku ciąg dalszy...

sobota, 07 listopada 2009 14:07


NAGRODZONA PROZA

w

„ISTOCIE CZŁOWIEKA"

 

 


W kategorii prozy przyznano:


III NAGRODY ex aequo:
- autorowi tekstu Z trzepoczącymi się po bokach motylkami, oznaczonego godłem „Coccinella", czyli Anecie Gizińskiej-Hwozdyk z Deszczna

- autorowi tekstu Przypowieść o stworzeniu chleba, oznaczonego godłem „fistaszek", czyli Arkadiuszowi Stosurowi z Krakowa

- autorowi tekstu Pan K. na wojnie, oznaczonego godłem „palabra", czyli Małgorzacie Marcinkowskiej ze Śremu




Aneta Gizińska-Hwozdyk z Deszczna

"Z trzepoczącymi się po bokach motylkami..."
 


[...] Najpierw - wieczny dylemat - jak rozpocząć. Prawa? Nie, wtedy lewa jakoś dziwnie się wykrzywia. Lewa? Nie, wtedy o zapakowaniu prawej już można zapomnieć. Pół biedy, jeśli były gładkie - wówczas tylko włókna były widocznie poprzekręcane. Najgorszy problem był z tymi we wzory. Jeden kwadrat - wypadał na kolanie, drugi - gdzieś tak na wysokości uda. Jeśli wzór stanowiły kwiatki - to zazwyczaj zamiast na kostkę, trafiały na przykład na stopę.

Kilka minut codziennej walki, aby znowu, po raz kolejny się poddać. I już wiadomo, że znów będą triumfować, że zachichoczą po raz kolejny nad jej nieudolnością.

Przeklinała kobiecą intuicję, podobno, swoistą każdej przedstawicielce płci pięknej. Dlaczego nigdy w takich sytuacjach nie umiała podpowiedzieć, dlaczego ignorowała ją i zawodziła w takich właśnie chwilach, kiedy była najbardziej potrzebna? Powoli traciła wiarę w intuicję w ogóle pod każdą postacią, w każdym wymiarze, choć i poznawanie poprzez doświadczenie przestawało znaczyć cokolwiek.

A jednak... miała słabość do tych kolorowych pudełek, z których uśmiechały się piękne, długonogie modelki. Kobiety, które zdawały się nie mieć podobnych trudności jak ona. Nawet w tych kłopotliwych, zazwyczaj, życiowych chwilach.

Z westchnieniem podniosła opakowanie. Odkleiła malutki paseczek. Pozbawione worka wyglądały tak niewinnie. Nieduże, z wyraźnie zarysowaną stopą. Takie uformowane, zgrabne... Jakby broniły się przed tym pierwszym gestem, pierwszym ludzkim odruchem ciągle niewprawnej, kobiecej ręki, która tę czynność, choć odwiecznie, wykonuje jednak zawsze nieśmiało i tak bardzo delikatnie, jakby po cichu, w największej tajemnicy. Nawet przed samą sobą. Jakby wybudzone nagle, z kolorowego, kartonowego snu od razu miały zezłośliwieć i po raz kolejny zawieść.

Ale przecież wierzyła w ich siłę i moc działania. Nie raz mogła się przekonać, że niekiedy dodają jej pewności siebie. Nadają nawet charakter dniom, a barwy w znaczący sposób przyczyniają się do nastroju. Czasami bowiem zdarzało się, że leżały idealnie! I to stanowiło wróżbę na cały dzień.





Arkadiusz Stosur z Krakowa
"Przypowieść o stworzeniu chleba"


Dawno temu popytali najstarszych we wsi, kto pamięta, skąd się wziął człowiek na tej ziemi naszej, sądeckiej ziemi. Po namyśle stary Korzeń rzekł:

- Ano, nie wiadomo to dokładnie, ale było tako legenda, że człowieka rozsiali anieli razem ze zbożem. I wyrósł razem z chlebem w cieście, co go urabiały archanioły śpiewając cudnie przy tem. Od tego najpiękniejszego śpiewania rodziły się drzewa, łąki i kwiaty. Wśród nich biegały zwierzęta mnożące się nieustannie. A ponad wszystkim latały ptaki wielobarwne. Aże przyszedł czas i dojrzało zboże, urosło ciasto, a forma wydała człowieka, ino bez duszy.

Starał się Pan Bóg, myślał cały ranek, przez gorące południe, aże pod wieczór, tuż przed snem przypomniał sobie o chlebie, który stworzył i rozmnożył na samym początku, pierwszego dnia. Usiadł przy stole, wziął wielki nóż wykuty z błyskawicy i gromu, znakiem krzyża świat objął, a potem rozkroił bochen chleba wielki jak ziemia cała. Dzielił dokładnie i odkładał pajda po pajdzie, kromka za kromką, okruszek obok okruszka. Ściemniało się a Pan Bóg obracał w dłoniach ostatnia kromkę chleba, toczył ją w spracowanych dłoniach, wreszcie nabrał powietrza i delikatnym tchnieniem nadał jej postać, a potem duszę ożywiającą. W ten sposób kawałek chleba stawał się człowiekiem. Potem dojrzewał przez lata w cieniu świerków i upale lipcowym, nabierał barwy i smaku. Aże pojawił się ludzki kształt z głową z oczami jak kołacze o kolorze ciemnego chleba, brązowym ciałem, długimi jak szufle dłońmi i nogami jak bagietki. Czynił sobie ten człowiek ziemię poddaną, uprawiał ją z miłością i oddaniem. Wstawał o świcie, całował wilgotne grudy ziemi, pieścił je i obserwował, jak pęcznieją pod niebem dojrzewającym deszczem, pachnącym szałwią. Ziarno po ziarnie wkładał pomiędzy skiby ciężkiej, twardej roli opierającej się obfitości zbóż, które urodzi latem niby niechciane, a najmocniej przecież ukochane dzieci.

W tym urodzaju była wola Boża objawiana co dzień świątecznym słońcem, kwileniem ptasich śpiewaków, jasności ludzkich twarzy wypoczętych po dobrym, łagodnym śnie, w którym objawiali się dawni królowie, prorocy, leśne nimfy i starzy wróżbici przepowiadający przyszłość jasną i dobrą.




Małgorzata Marcinkowska ze Śremu

"Pan K. na wojnie" (fragmenty)
 

Byłem ojcem zaledwie kilka minut. Czas, jaki upłynął od chwili, gdy J. przekazała mi aż nazbyt radosną wieść o tym, że jest w ciąży, do chwili, w której jedna z tysiąca spadających na miasto bomb powaliła nas na ziemię, odbierając nam na zawsze prawo bycia rodzicami. J. zabijając na miejscu, mnie czyniąc kaleką do końca życia.

W zasadzie nie było w tym nic złego i zapewne Bóg wiedział, co czyni, podkładając tę bombę pod nasze szczęście właśnie w tamtej chwili, jak świąteczny prezent pod choinkę. Bo kto normalny, przy zdrowych zmysłach pragnie dzieci w czasach tak niepewnych jak wojna? Kto myśli o wychowywaniu potomstwa w chwilach tak niebezpiecznych jak nocne naloty z nieba? My myślimy. Głupcy, którzy próbują zakładać rodziny i nadawać tym okrutnym czasom choć odrobinę normalności. My, którzy żyjemy wciąż nadzieją, że stanie się cud...

Ale cud nie następował, choć klęcząc nad zakrwawionym ciałem J. modliłem się tak żarliwie, jak nigdy dotąd nikt inny się nie modlił. Cóż... Zapewne Bóg zrzuciwszy tę bombę i uchroniwszy tym samym naszego syna przed wątpliwymi urokami ogarniętego wojną świata, powrócił do innych zajęć swego dnia codziennego. Swoją drogą, ciekaw jestem, jak wygląda dzień powszedni naszego Boga „jedynego, Ojca wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi, wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych".

[...]

Myślałem, że po pamiętnym wybuchu już każdy dzień będzie wyglądał tak samo i monotonnie, że nic do mojego życia nie będzie wnosił. Przez pierwsze dni, tygodnie (może i nawet miesiące, kto by nad tym panował) wszystko odbywało się tak samo. Gdyby nie wędrujące po niebie słońce i okresowe ciemności, nie odróżniałbym dnia od nocy. Trwał we mnie nieprzenikniony mrok, którego nie mąciły żadne bodźce zewnętrzne.

A jednak, po pewnym czasie, nikłe sygnały, że gdzieś tam wojenna rzeczywistość nadal istnieje, zaczęły docierać do mojej świadomości, trącać jej najmniej mroczne struny. W życiu nie ma miejsca na to samo, „żaden dzień się nie powtórzy, nie ma dwóch podobnych nocy". Każda chwila, każdy nowy dzień przynosi coś innego, coś nowego, tak odmiennego od innych chwil i dni, coś, czego nie zauważa się na pierwszy rzut oka, ale coś, co czyni nasze dni całkowicie niepowtarzalnymi.

To wschód słońca nad zbombardowanym miastem lub jego brak, kiedy niebo spowite w gęste chmury zdaje się być na zawsze zamknięte dla tych, którzy giną na ulicach. To ciepły powiew wiatru w letnie dni lub jego brak, gdy porywisty, zimny wicher wdziera się poprzez wypalone okna do mieszkań, poprzez dziurawe okrycia dociera do ludzkich ciał. To zakwitające na wiosnę drzewa, zielone listki niechętnie rozrywające szczelną skorupę pączka lub ich brak, gdy jesienna żółć, czerwień i brązy opanują drzewa nie porąbane jeszcze na opał. To każdy drobiazg na naszej drodze. Odłamek szkła na ulicy, który mijamy, dziękując w duchu, że nie tkwi on teraz w naszej bosej stopie. Skrawek materiału, kolejny do kompletu, z którego być może uda się niedługo uszyć jakieś odzienie. Kawałek papieru, na którym by można napisać list, notatkę dla rodziny, że się jeszcze żyje, a może i wiersz...


PS  I co by pokonkursowego tomiku "Istoty człowieka" był pełny obraz, w następnej blogowej wstawce będą utwory wyróżnione w tymże literackim konkursie.

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Poezja w pokonkursowym tomiku...

wtorek, 03 listopada 2009 12:02

 

„ISTOTA CZŁOWIEKA"

NAGRODZENI W POEZJI

  

W kategorii poezji przyznano nagrody:

I NAGRODĘ
- autorowi zestawu oznaczonego godłem „MANRU", czyli Edycie Wysockiej z Miastka

II NAGRODĘ
- autorowi zestawu oznaczonego godłem „makolągwa", czyli Arkadiuszowi Stosurowi z Krakowa

III NAGRODĘ
- autorowi zestawu oznaczonego godłem „OKRĘT WE MGLE", czyli Andrzejowi Ziobrowskiemu z Nowej  Huty




I NAGRODA W KATEGORII POEZJI: EDYTA WYSOCKA,  MIASTKO
 


Przemijanie III


niknący zapach sukien...


w uspokojeniu

doliny dni oswajać

pochyleniem głowy

do dna kości

wytracać się światu

zwyczajnie

 

to nic że w nas

zefir staromodny

trucht nieuśmierzony

 

tylko się w sobie

umieć zanurzyć

 

święte pamiętania

oswojona łza do wewnątrz

długowieczny matuzal

w zagięciach skóry

 

coś kiedyś wzeszło

i osiwiało

niecałkowite - niedociągnięte

okrągłe i śliskie

origami niespełnień

 

to nic

wiosną i tak budzą się marzenia

w zaułkach ciała

w niepokojach świateł

wnikają

odskorupiają

niebieszczą się

zanim cisza

mądrzejsza o śmierć

 

 

Przemijanie V


powietrze ciężkie..


tutaj

drogę do nieba

omija się chyłkiem

chociaż w jej rozłogach

wciąż gryzie życie

bo miejscowe anioły

mają brudną barwę

snują się z wolna

w szarej glebie skrzydeł

 

tu

trzeba się żywić

alchemią zmierzchu

bo nie da się tylko od święta

gdy świt spochmurniał

a dzwonki błaznów

tym głośniejsze

im bardziej wbrew

 

sekrety zieleni

ukryły się dawno

w kwiatostanach

odchodzącego słońca

 

kamieniu zimny

łańcuszku tęsknot

są miejsca

których się nie opuszcza

choć ślepe ciszą

na bliskość

na woń miododajną

 

tamto

zaczeka i tak

w kokonach wieczności

jak dzikie róże dzieciństwa

co na zburzonym moście

rosną i rosną

 

i w echu cmentarnym

z duszami

które tylko co

i zawsze i zawsze

 

 

 

II NAGRODA W KATEGORII POEZJI: ARKADIUSZ STOSUR, KRAKÓW

 

*** świat - podróż

Niezmiennie podróżujemy. Świat rozlewa się,

rozkłada i rozciąga. We wszystkich wymiarach

i kierunkach, z niczego w nic. Ze światła

w ciemność. Z bogactwa w nędzę, z życia

 

w śmierć, z ziemi w niebo wędrujemy bez strachu,

z nadzieją przyczepioną do ramion cienkimi

nitkami pamięci. Dotykamy po kolei wszystkich

rzeczy, nazywamy je, porządkujemy, układamy

 

na półkach, w szafach. Zamykamy drzwi, sejfy,

okna, wreszcie oczy. Przepływamy, przesuwamy się

na drugą stronę. Dyskretnie, zdejmując buty,

wycierając ręce o kawałki papieru, kamienie i drzewa,

 

bez szumu, znaków na niebie i mokrym piasku.

Przenikamy cienką materię chmur. I niewielki

pasek błękitu. Przyklejony do zimnych oczu.

Na wieczność




III NAGRODA W KATEGORII POEZJI: ANDRZEJ ZIOBROWSKI, NOWA HUTA


cierpienia Vincenta


choćbyś mi brzozą była

cierpiałbym jak ty

piłbym sok z twoich żył

i szeptałbym tyś biała moja żona

 

gdybym jak orzeł szybował

wysoko coraz wyżej

byłabyś mi promieniem w chmur przestworzach

a tak samotna stoisz w świecie

 

bielą obmywasz mój krzyk zachwytu

choćbym żył długo w cerkwi jak mnich

tyś w porywie serca błogosławiona

 

jak wiatr wyniósłbym cię wysoko

ponad świat do słońca łona

tu gdzie noc strudzona kona w nas

 

rano nosiłbym cię w ramionach świętą i boską

pieściłbym z sił całych na przekór świętości

jak nikt nigdy tego nie robił

 

bo muzą jesteś mi w słońca łożu

a w dni pochmurne dzieci radosne mi urodzisz

w jednym z siedmiu dni

zrodzone ze świętości

 

na krótką chwilę ze mną jesteś

godzin falą błogosławiona

jak dotąd nie był nikt

 

brzozo-narzeczono

 

 

 

 W kategorii poezji przyznano następujące wyróżnienia:

 

WYRÓŻNIENIE SPECJALNE IM. KARDYNAŁA IGNACEGO JEŻA  
- autorowi zestawu oznaczonego godłem „podróżnik lekarski", czyli Katarzynie Zychli z  Sieniawy Żarskiej

WYRÓŻNIENIE SPECJALNE ZA KOBIECE SPOJRZENIE NA ŚWIAT
- autorowi zestawu oznaczonego godłem „ZWIEDZAM WSZECHŚWIAT", czyli Eli Galoch z Turku



WYRÓŻNIENIE IM. KARD. IGNACEGO JEŻA: KATARZYNA ZYCHLA, SIENIAWA ŻARSKA


spojrzenie mojego Boga


kiedy patrzy na mnie czteroletnia córeczka

Bóg ma oczy zielone jak liście spłukane

wiosennym deszczem

zieleń wypełnia całą kuchnię

zmienia kolor kubków i łyżek

 

kiedy patrzy na mnie ukochany mężczyzna

z którym na dobre i złe

Bóg ma wtedy oczy brązowe jak kasztany

wtedy brązy są najmodniejsze

nie płowieją w późnym słońcu

 

kiedy śmieje się moja starsza córka

w tęczówkach odbija się uśmiech

jak kwiat rumianku

Bóg ma oczy złote jak kropla miodu

kojące słodyczą ufności

 

kiedy pochylam się z troską

okrywam kraciastym szalem ramiona babci

przytulam do policzka z czułością

dłonie pomarszczone

jak jesienne jabłuszko po pierwszych

przymrozkach

 

wtedy Bóg patrzy moimi oczami

na spokojne jezioro życia

pokazuje miejsca gdzie połów

zawsze się uda

 

bez względu na prognozę pogody

bez względu na krzyk brukowców

ujadanie wściekłych psów

 

spojrzenie Boga ma kolor turkusowy

kiedy wbrew i mimo wszystko

 

kocham




WYRÓŻNIENIE ZA KOBIECE SPOJRZENIE NA ŚWIAT: ELA GALOCH, TUREK


***  (Kiedy Gośka odchodziła do nieba)


Kiedy Gośka odchodziła do nieba,

nie mówiła o niczym innym, tylko o naszej rzece.

Chciała pić wódkę ze sklepu przy zakręcie i zagryzać

wujowymi pomidorami. Tam zawsze jest inaczej,

jakby gasnące okno dotykało ruin pałacu źrenicami syna,

więc nie można myśleć o niczym innym,

jak o kuli powoli przenikającej nurt.

Gdy traci swoją moc, staje się podobna do czerwonej sukienki,

takiej, która musi być tylko w małym rozmiarze.

Na drewnianym wieszaku fruwa po zagajniku.

Potem jest najtrudniejszy moment, przestrzeń

ogarnia nagły chłód, a ogień żarzy się

tylko we wnętrzach papierosów. Milkną nawet ci,

co dużo widzieli, jakby w widoku zastygł niepokój

o zbyt wielu skrzydłach.

 

Wtedy już się wie, że najgłębszy odcisk istnienia

mieszka w łuszczącej się ramie furtki?

Zmierzch - w kruche gałęzie - wczepia rachunek za życie

i różowa Skoda Felka od Janiaczki

sunie po zarośniętych dziurawcem rowach,

rozmywając się w przedwieczornych olszynach.

Pozostają tylko światła,

jakby w środku każdego wiejskiego przystanku

płonęły dwie świece niczym dwa kompasy.

l już nie powinno się bać, tylko dłońmi

obrysować misterną koronkę pelargonii, by powracać

przez świadectwo. Tyle rzeczy można zrobić jeszcze raz:

Pogłaskać królicze futro, unieść liliową pomadkę.

 

Lecz odpłynęła, bo w pokoju - zamiast śmiercią -

zapachniało łęgami. Na spotkanie wybiegły

dwa szare koty z dzieciństwa i śpiewające krowy

przy rosochatej wierzbie.

Stoi przed nimi jak miłosierdzie.

 

 

PS  W następnym blogowym materiale będzie nagrodzona proza.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


wtorek, 20 lutego 2018

Licznik odwiedzin:  545 765  

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
30      

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

Blog Krajowego Bractwa Literackiego w Koszalinie zrzeszającego lokalnych literatów głównie poetów.

O mnie


Jestem Romek spod znaku Wodnika. Mieszkam w Koszalinie. Pisanie, to mój późno odkryty żywioł. Poza tym zawsze był sport. Jestem niezłym dendrologiem drzew owocowych. Specjalizuję się w wyrobie win.

ukryj współtwórców

Statystyki

Odwiedziny: 545765
Wpisy
  • liczba: 707
  • komentarze: 5421
Galerie
  • liczba zdjęć: 93
  • komentarze: 27
Bloog istnieje od: 4231 dni

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Pytamy.pl

Pytamy.pl