Bloog Wirtualna Polska
Są 1 278 053 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Literacko, śpiewnie i z opłatkiem...

wtorek, 19 grudnia 2017 19:12

 

 

PRZEDŚWIĄTECZNY WIECZOREK

u

BRACKICH

 

 

     Jak co roku, ten grudniowy nasz wieczorek literacki jest szczególny za sprawą zbliżających się świąt Bożego Narodzenia. Jest wtedy świąteczny wystrój. Stoły ustawiamy w podkowę i okrywamy białymi obrusami. Na stołach więcej smakołyków i wyrobów własnych. Mniej natomiast naszej twórczości, bowiem trzeba przecież wyskrobać czas na wspólne kolędowanie i dzielenie się opłatkiem.

        Nie inaczej było i na tegorocznym wieczorku grudniowym. Dodatkowo było nawet koncertowo! Nasz bracki kolega, Andrzejek Pitak, został dyrygentem i kilka kolęd było udziałem jego chóru "Złoty Wiek". Publiczność dopisała, więc dźwięk kolęd słychać było zapewne nawet w odleglejszych dzielnicach Koszalina. Tylko śniegu nie było...

        ...ale o nim i nie tylko napisał bracki felietonista, Romek Dopieralski, w swoim felietonie pt. "Na srebrnej planecie czasu", co notabene - było również tytułem wieczorkowym.

 

 

„Na srebrnej palecie czasu”

        W naszej strefie klimatycznej święta Bożego Narodzenia umiejscowiły się na srebrnej palecie czasu. To pod naszą szerokością geograficzną Święty Mikołaj i jego strojne renifery przemierzają nieboskłon, pośród opadu białych płatków, by z prezentami - nim pierwsza gwiazdka rozbłyśnie - zdążyć do naszych domostw. Te święta nierozerwalnie więc, kojarzą się ze śniegiem. Koła przy saniach zamiast płóz – wręcz niemożliwe! Św. Mikołaj na takim wehikule byłby dla nas nie do przyjęcia i wyglądał wprost absurdalnie! Zatem nasz Mikołaj sanie mieć musi, a pod płozami koniecznie biały puch! I basta!

        A co będzie, jak aura spłata figla i na święta śniegu ani płatka? No cóż, technologie w tym temacie są tak mocno zaawansowane, że skocznie narciarskie i stoki zjazdowe działają choćby latem. To za sprawą igelitu – tworzywa sztucznego uzyskiwanego w procesie polimeryzacji chlorku winylu i estrów kwasu akrylowego. Okej, skoczkowie narciarscy niech sobie skaczą w letnim Grand Prix. Zjazdowcy niech sobie zjeżdżają ze stoków po tej sztucznej strukturze. Jednak Świętego Mikołaja na igelicie jakoś sobie nie wyobrażam… Bo niby jak to miałoby wyglądać? Będziemy dla niego i reniferów budować w chmurach igelitowe autostrady? Nasze obejścia będą zdobić bałwany z igelitu, a dzieci igelitowymi kulkami będą się obrzucać?

        Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie i tradycji stanie się zadość! Bo nic nie jest w stanie zastąpić tego białego puchu, tej różnorodności białych płatków, pośród których nie ma dwóch jednakowych. Tego wspaniałego chrzęstu pod naszymi stopami, kiedy idziemy po zamarzniętej warstwie śniegu. Tej osiadającej szadzi, wyczarowującej bajkowe krajobrazy. I tego szronu przyozdabiającego okna w piękne hafty… Poza tym mamy jeszcze brackich poetów, którzy swoimi wierszami zawsze wyczarują świąteczną atmosferę. Nawet, gdyby żaden płatek śniegu nie miał zamiaru spaść.

/Roman Dopieralski/

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Bracki felieton Romka D…

sobota, 12 marca 2016 22:36

 

 

PROZY CIUT

ze

SMAKIEM TOFFI

 (felieton)

 

 

            Już od dawien dawna literackie wieczorki okraszane są felietonami Romka Dopieralskiego. Zawsze mają ten sam wymiar, czyli mieszczą się na kartce formatu A4, pisane czcionką „Arial”, rozmiar czcionki – „14” z interlinią na półtora wiersza. Na odczytanie swojego felietonu autor potrzebuje dwóch minut. Jakie to są minuty? Przyjemne, czy też czas to stracony?

            Proszę samemu się przekonać. Na czytanie poświęcając mniej więcej sto dwadzieścia sekund…

 

 

Smak toffi w środku zimy

 

            Dlaczego miłość w środku zimy, jakby trąca nieco przysłowiową myszką? Miłość taka wakacyjna, w lecie, kiedy strzaskani jesteśmy na brąz, jest jak najbardziej na miejscu. Jest czymś oczywistym, wręcz obowiązkowym. Nie zakochać się, kiedy lipiec serwuje nam ciepłe noce? Albo w sierpniowy skwar? To wprost niewiarygodne. Wiosenne miłostki też są tolerowane. Przyroda budzi się do życia, a wraz z nią nasze ciała i nasze serca – po zimowym letargu. Wiosenne zakochania są nawet na topie, zaś maj - to niemalże apogeum miłości. Nawet jesień nie jest taka najgorsza na miłość, kiedy z ukochaną połową spacerujemy po alejkach, przydeptując pożółkłe liście. I przecież samo babie lato jest takie romantyczne…

            To fakt, że ludzie ze strefy geograficznej, gdzie pogodowo jest znacznie cieplej, są bardziej spontaniczni, weselsi i co by nie mówić – bardziej kochliwi. Ja jednak uważam, iż to gorące serce może odpalić nawet i zimą. Trzeba tylko temu sercu dać pretekst. Trzeba pobudzić je do działania. Dając impuls – wyzwolić z zimowego snu. I właśnie takim pretekstem jest czternasty dzień lutego, czyli Walentynki.

            Wiele gromów zbiera owo święto miłości, bowiem nie nasze ono,  a zaczerpnięte z Zachodu. Owszem, szanujmy rodzime święta, rodzime obyczaje. Traktujmy je z pietyzmem i priorytetowo. Jednak nie blokujmy się na to, co z nie naszego podwórka się wywodzi. Nie odtrącajmy tego, co wywołuje w nas wyłącznie pozytywne emocje. Otwórzmy się! Otwórzmy nasze serca w ten lutowy czas. Choć na chwilę dajmy się odmrozić. Pozwólmy naszym sercom mocniej zabić. Dajmy się trafić strzale Amora, przywdzianego w kalesony. Właśnie taką szansę daje nam czternasty dzień lutego, kiedy Św. Walenty – przybysz z Zachodu – pragnie nas rozweselić.

            Co w tym złego, że ktoś nas kochający, prześle nam walentynkę w kształcie serca. Ja – smakosz toffi – od razu zaakceptowałem to święto miłości. Może mi było łatwiej, bowiem w środku zimy, kiedy przysłowie nakazuje nam obuć ciepłe buty – ja corocznie otrzymuję od mojej lubej czekoladę o smaku toffi.

(Roman Dopieralski)

 

 

 

PS  By lutowy wieczorek był kompletny – brakuje jeszcze drugiej jego części poetyckiej. Były to wiersze o tematyce dowolnej, jednak w miłosno-walentynkowej oprawie. Już niebawem będzie je można na naszym blogu sczytać!

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Bracki felieton Romka Dopieralskiego...

czwartek, 25 lutego 2016 23:55

 

 

MIESIĄC NADZIEJĄ MALOWANY

(felieton)

 

 

 

             Podczas styczniowego wieczorku literackiego pt. „Styczeń poezją malowany” braccy poeci, właśnie ową poezją zawartą w swoich utworach, malowali ów miesiąc. Natomiast bracki poeta i prozaik, Romek Dopieralski, miesiąc styczeń malował zarówno poezją, jak i prozą. Cóż z tego wynikło…

 

 

Styczeń poezją malowany

 

            Styczeń jest miesiącem wyjątkowym. Rozpoczyna dany rok, w który wkraczamy z nowymi marzeniami, z postanowieniami, z nadzieją. Jest to nam potrzebne. Taki reset, by znowuż zacząć coś od nowa. Coś poprawić, coś zmienić, nadać czemuś nowy bieg. I tak jest co roku. Mija kolejnych dwanaście miesięcy i sytuacja się powtarza. Można powiedzieć – takie swoiste deja vu…

            Albo raczej taki analogiczny do nieudanej diety efekt jojo, bowiem z poprzednich marzeń guzik wyszło. Nie wymieniliśmy samochodu na nowszy model i nadal mieszkamy w blokowisku, a miał być domek. Postanowienie schudnięcia spowodowało tylko, że to obecne postanowienie musi być jeszcze bardziej rygorystyczne, gdyż tych zbędnych kilogramów uzbierało się znacznie więcej. Rzucenie palenia też spaliło na panewce – z jednej paczki papierosów przeszliśmy na dwie. A co z postanowieniem bycia lepszym wobec bliźniego swego? No cóż, o to trzeba spytać owych bliźnich, którzy też chcą schudnąć. Podobnie jak my – też chcą się pozbyć zgubnych nałogów.

            Na nasze szczęście, oprócz tych noworocznych postanowień, marzeń i przyrzeczeń pozostaje jeszcze nadzieja. Ona nam szepce do ucha: „Próbuj, wciąż próbuj, w końcu ci się powiedzie…”. I my tej nadziei się trzymamy. Z tą nadwagą, z tym papierosem w ustach jednak wierzymy w końcowy sukces. Bo niby dlaczego nie mielibyśmy wozić się lepszym autem albo zamieszkać w domku na przedmieściach, by nie użerać się z sąsiadem zza ściany naszego gniazdka na czwartym piętrze. Przecież w każdej chwili może dopisać nam szczęście i to my zgarniemy skumulowaną kwotę w grach liczbowych. Przecież to do naszych drzwi może zapukać listonosz z wiadomością odziedziczenia fortuny po zmarłym wujku z Ameryki.

            Kiedy to się jednak nie stanie, to też nic! Jakoś dociągniemy do końca roku w tym rozklekotanym wehikule na czterech łysych oponach. Jakoś uodpornimy się na tego zrzędliwego sąsiada za ścianą. Przed nami przecież niejedna jeszcze Noc Sylwestrowa, a wraz z nią nowe marzenia, postanowienia, nadzieje…

 

 

 

PS  W kolejnym wpisie poeci nadal będą malować swoją poezją, ale już nie tylko styczeń będzie wyłącznym podmiotem lirycznym. Tym razem tematyka utworów była dowolna. Zostanie to przedstawione w scenariuszowym zapisie..

 

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Bracki felieton Romka D…

niedziela, 10 stycznia 2016 21:44

 

 

PROZY CIUT…

czyli

BRACKI FELIETON

 

  

 

            Oto ostatnia pozycja z brackich tekstów, jakie zaprezentowane zostały na grudniowym wieczorku literackim pt. „Podążając za Gwiazdą”. Jest to „Bracki felieton Romka D.” z cyklu „Nie tylko poezja, czyli prozy ciut”.

            Można powiedzieć, że tym felietonem, jakby zamykamy naszą literacką działalność w Starym Roku 2015. Jednak mamy już Nowy Rok z „6” na końcu, więc szykowane są nowe wiersze, nowe felietony, które będziemy prezentować na kolejnych wieczorkach literackich.

            Nastąpi to niebawem, bo już jutro, czyli 11 stycznia (drugi poniedziałek miesiąca), zwołujemy się na warsztaty literackie. Ich pokłosiem będzie wieczorek literacki (25 stycznia – czwarty poniedziałek miesiąca) pt. „Styczeń poezją malowany.

            O tym wszystkim będziemy na naszym blogu informować. Zatem zaglądajcie do nas! Komentujcie o tym, co wam się podoba, a co nie. Jesteśmy bowiem otwarci, zarówno na pochlebstwa jak i na krytykę. Przecież wszelkie krytyki, czy też uwagi, pozwolą nam na poprawę niedociągnięć albo błędów, których tak do końca człowiek nie jest w stanie się ustrzec. Cenna krytyka jest w stanie jeszcze bardziej nas zmotywować literacko. Bo nawet najgorsza krytyka jest lepsza od obojętności, od milczenia…

            Nie milczcie zatem i póki co, przeczytajcie sobie ten poniższy felietonik, tego oto brackiego poety, który prozą też się para…

 

 

 

 

 

Magia świąt Bożego Narodzenia

            Zmieniają się czasy, zmieniają się obyczaje. Starzejemy się, odchodzimy, rodzą się następni. Ale są rzeczy, które jakby od zawsze były. Cyklicznie, co rok powtarzają się. Tęsknimy za nimi, z niecierpliwością czekamy, gdy się zbliżają. Potem jest wielka radość, zachwyt, aż następuje żałosne stwierdzenie: „Świątka, kochane świątka i po świątkach”. I tak rok po roku.

            Jak choćby teraz. Wigilia Bożego Narodzenia tuż, tuż. Już pewnie św. Mikołaj przystraja renifery i smaruje płozy sań. Być może w niebie już się anioły zmawiają, by piernaty swoje trzepać, z których puch się posypie i ziemię bielą przyozdobi. Tak więc, od narodzin Bożego dzieciątka, dzień ten stał się magiczny, piękny, niepowtarzalny, jedyny.

            Jako dzieci przyklejamy nosy do szyb z pięknymi haftami od mrozu i wypatrujemy pierwszej gwiazdy, która da sygnał do wślizgnięcia się pod choinkę i pławienia się w prezentach od darczyńcy z długą siwą brodą. Kiedy dorastamy, odkrywamy gorzką prawdę, że tym przebierańcem w czerwonym stroju z workiem na plecach jest nasz ojciec. Żeby tradycji stało się zadość, robimy tak samo, by własne już dzieci uszczęśliwiać. Tak było, jest i będzie.

            Jedynie jakość prezentów ulega ciągłym modyfikacjom. Kiedyś dziecko cieszyło się choćby zwykłą faramuszką. Dziewczynkom błyszczały oczęta, kiedy z pakunku wyciągały szmacianą lalkę, a chłopcy zachwycali się blaszanym bębenkiem. Obecnym wymaganiom niekiedy trudno sprostać. W modzie są teraz wypasione zestawy komputerowe, najnowszej generacji telefony komórkowe, tudzież inne cuda techniki. Sama oprawa świąt też stała się jakby inna, nowocześniejsza. Kiedyś świerkowe drzewko przystrajało się dopiero w Wigilię. Teraz już od listopada trwa szaleństwo przedświątecznych zakupów.

            Czy zatem jest gorzej? Nie! Jest po prostu inaczej. Razi mnie jedynie poświąteczny widok osiedlowych śmietników, do których trafia ten nadmiar świątecznych wiktuałów, tak pieczołowicie gromadzonych przez nas już od listopada. No cóż, zmieniają się czasy, zmieniają się zwyczaje. Ja jednak pielęgnuję w sobie urok dawnych świąt i towarzyszący im zapach pomarańczy.

Roman Dopieralski

 

 

 

PS  Literackie treści brackich poetów z grudniowego wieczorku literackiego zostały wyczerpane. Przygotujcie się na następne nasze brackie teksty! Literacko wciąż się rozwijamy, więc szykują się całkiem niezłe kawałki – zarówno w poezji jak i w prozie…

 

 

 


Podziel się
oceń
0
2

komentarze (17) | dodaj komentarz

Bracki felieton Romka D …

sobota, 05 grudnia 2015 3:31

 

 

PROZA, KTÓRA

co

MIESIĄC w POEZJĘ

się

WKRADA…

(felieton)

 

 

 

          Co miesiąc Romek D. dziobie te swoje prozatorskie formy. W ich ilości zbliża się już do siedemdziesiątki. I dopiero przy tym sześćdziesiątym siódmym, dostał w końcu pochwałę. Bracka poetka, Maria Rudecka - ongiś polonistka w koszalińskim "Bronku" - powiedziała: "Romek, to twój najlepszy dotychczasowy felieton. Musisz mi go zadedykować".

          No cóż, morał z tego taki, że warto tak te felietony dziobać i dziobać, by w końcu coś takiego usłyszeć...

          Oto felieton w pełnej krasie i w takiej formie, w jakiej został odczytany na wieczorku. Tytuł wieczorkowy zawężony był do listopada. zaś autor felietonu rozbudował go do całej jesieni.

          A zatem przyjemnej lektury...

 

 

 

Symfonia jesieni

            Jesień jest jak symfonia, gdzie utwór muzyczny przeznaczony na orkiestrę ma formę cyklu sonatowego, obejmującego zwykle cztery części. Każda z nich w określony sposób podporządkowana jest tematowi melodycznemu i ma wspólną tonację. Różni się jednak charakterem i tempem.

            I taka właśnie jest jesień, kiedy w części pierwszej nie wzięła jeszcze rozbratu z latem. Słońce nadal ją dopieszcza, choć liście już zatracają swą soczystą zieleń i żółć, niczym muzyczny poemat, wkrada się w jej pielesze. Kiedy dołącza czerwień i brązu wszelakie odcienie, symfonii rozpoczyna się część druga.

            Temat melodyczny jesieni jest zachowany, ale w charakterze się zmienia. Dyrygent jakby wiatry bardziej rozniecił i deszczu werbel coraz głośniejszy na parapecie. Jednak, jak przed burzą cisza nastaje, tak i w słotną symfonie wkrada się promień. To babie lato preludium swe rozpoczyna. Pajęcze nici, jak w zapisie nutowym, mkną w przestworzach batutą wiatru pchane. Krótka pająków aria - krótki ich występ solowy. Bowiem bohaterowie części trzeciej tego muzycznego spektaklu na swój występ już czekają.

            Symfonia jesienna wzmacnia swe tempo. Nad naszymi głowami orkiestry łopot skrzydeł coraz donośniejszy. Ptasie klucze w cieplejsze rejestry partytury podążają. I kiedy w tym jesiennym koncercie drzewom liści zbraknie, a słonecznej harfie coraz trudniej przedrzeć się przez dęte instrumenty chmur, przychodzi czas na jego część czwartą - ostateczną niejako.

            To listopad już na samym początku w zniczach uwerturę swą skrywa. W cieniu krzyży czeka na dyrygenta, a gdy zapałki skier rozbłyśnie, woskowany knot pierwsze zaczyna grać skrzypce. I ożywają milczące cmentarne kwatery. Połyskują na nich z nut ogniki. Bo to nasza pamięć o lokatorach niemych mogił ten epilog jesiennej symfonii współtworzy.

            Zatem z czterech części jesienna symfonia się składa. Można w zachwycie słuchać ją bez końca, a jej współbrzmienie – jest wprost nie do opisania.

 (Roman Dopieralski)

 

 

 

PS  Kolejny wpis, to będzie kontynuacja wieczorkowej poezji, jaka w listopadzie u Brackich się wydarzyła. A będzie zabawnie, będzie fikuśnie, bo konferansjer powydziwiał nieco w swoim wieczorkowym scenariuszu. Któż to taki, tenże konferansjer? Co by nie nadużywać jego imienia i nazwiska, możemy jedynie zdradzić jego inicjały: R. D.’

            Gdyby do tych inicjałów dodać „P”, można by to odczytać jako: Rejon Dróg Publicznych. Czy ów Bracki prozaik ma coś do czynienia z RDP? Może jedynie to, że od czasu do czasu, na swoich szczudełkach,  jakieś tam drogi wydeptuje…

 

 

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (28) | dodaj komentarz

Wieczorkowy felieton...

sobota, 14 listopada 2015 0:12

 

 

NIE TYLKO WIERSZEM

czyli

BRACKI FELIETON

Romka D.

 

 

 

          Felietony na wieczorkach, czyli tak zwany cykl - "Nie tylko wierszem..." - to tradycja z przysłowiową dużą brodą, bowiem tej prozy uzbierało się już kilka dziesiątek. Właśnie obecny felieton jest sześćdziesiątym piątym.

          Niezmiennie od lat ich lektorem i zarazem autorem jest Romek Dopieralski. Przeważnie są to felietony optymistyczne z dużą dozą humoru. Jaki jest ten 65-ty? Oto jego treści...

 

 

foto romek.jpg

 

W kolorach jesieni się taplać

            To dobrze, że jest jesień czy źle? Wszystkie pory roku wydają się ciekawe, oryginalne i jedyne w swoim rodzaju. Zaś razem ze sobą zestawione, tworzą całkiem niezły kwartet. A jaka różnorodność! Ta zima ze swoją bielą i pięknymi haftami mrozem malowanymi na szybach. Ta wiosna, podczas której wszystko budzi się do życia, by latem dojrzeć i owocem obsypać. No i ta nasza obecna jesień z gamą barw, której najdoskonalsza malarska paleta nie dorówna. Trzeba być naprawdę szczęściarzem, móc urodzić się pod taką szerokością geograficzną, gdzie pogodowa monotonia raczej nie zagraża.

            Dla porównania weźmy taką Alaskę, Grenlandię albo Sybir. Tam ciepła tyle, co kot napłakał. Ciągle chuchać w skostniałe dłonie, nosić futrzane czapy przez okrągły rok, toć nudne i monotonne… A taka Afryka? Totalne przeciwieństwo. Ukrop do przesady. Pięćdziesiąt stopni Celsjusza w cieniu to normalka. U nas już przy trzydziestu koła aut grzęzną na asfaltowych pseudoautostradach. I co, tak grzęznąć i grzęznąć przez cały rok?… Niby na Równiku idealnie, bo tam żadne pory roku nie obowiązują. Siejesz, kiedy chcesz. Jednym słowem żniwa non stop! Tam nawet bez zegarków można się obejść, bo  przez cały rok jest równonoc. Ale, czy to nie za monotonne. Przez dwanaście godzin mamy dzień. Potem dwanaście godzin nocnych… i tak dzień w dzień, miesiąc w miesiąc, rok po roku… nuda, totalna nuda.

            Wychodzi na to, że nie ma to jak u nas, kiedy co rusz diametralnie inaczej wokoło. A to słonko przygrzeje, a to deszczem zaciągnie, gradem sypnie, śniegiem dowali… O tak, nie ma to jak polska złota jesień! Można taplać się do woli w jej kolorach. I koniecznie trzeba się nasycać jesienią, zanim przyjdą mrozy, spadnie śnieg i puchem przykryje te wielobarwne pejzaże. Ale póki co, zachłystujmy się Bracką poezją, bo ona też tysiącami barw się mieni.

 

  

PS Kolejnym wpisem będą wieczorkowe wiersze z drugiej jego części.

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (11) | dodaj komentarz

Bracki felieton Romka D.

wtorek, 16 czerwca 2015 23:47

 

 

NIE SAMĄ POEZJĄ

CZŁOWIEK ŻYJE

(felieton)

 

 

 

            Tenże felieton zaprezentowany został na majowym wieczorku literackim pt. „…a w sercu maj”. Mało jest w nim o maju. Tam maja ledwie naparstek. W tym felietonie o maju jedynie napomknięto, a jednak spełnia wieczorkowe wymogi.

            W czym tkwi jego sekret? Trzeba przeczytać, być może wnioski nasuną się same…

 

 

 

A w sercu „cudzysłów” i… wielokropek

 

            Dobry pomysł na felieton, to połowa sukcesu. Według mnie – nawet więcej. Ja z pomysłami raczej nie mam kłopotów. Zawsze coś tam wykombinuję takiego, że felietony pisze mi się gładko. Aż do teraz…

            A w sercu maj… a w sercu maj… - powtarzałem w myślach, chcąc coś sklecić na wieczorkowe wystąpienie. A tu pustka! Nul! Nic! Zero pomysłów!  Jak nie w sercu, to może w głowie ten maj umiejscowić – pomyślałem sobie, kiedy już brakiem koncepcji na napisanie czegokolwiek sięgałem niemalże zenitu! Może i dobry pomysł, by maj ulokować w głowie, ale cóż z tego, kiedy  w tejże głowie pusto na daną chwilę! Owszem, nasuwały mi się kolejne pomysły na inne części ciała, gdzie by sobie maj mógł u mnie przycupnął. Jednak i te pomysły typu: „a w nodze maj”, „a w łokciu maj”, czy też w dłoni – szybko spalały na panewce, wobec czego kartka nadal pozostawała pusta, zaś szpiczasty rysik mojego ołówka – nadal pozostawał szpiczastym.

            I nagle olśnienie! Spojrzałem na wieczorkowy tytuł pod kątem graficznym i zauważyłem, że w wieczorkowym tytule zamieściliśmy znak „wielokropka”. Jest to raczej znak dość rzadki, wskazujący na to, że tok mówienia został z jakiś przyczyn przerwany; występuje zatem nie tylko na końcu wypowiedzenia. W naszym przypadku - umieściliśmy tenże znak graficzny na samym początku!

            Oprócz wielokropka zastosowaliśmy również „cudzysłów”. Stawiając jego część otwierająca na początku wieczorkowego tytułu, zaś na jego końcu - lokując część zamykająca tegoż graficznego znaku. Tak się tym wszystkim nakręciłem, że w pewnym momencie nawet cudzysłów wziąłem w cudzysłów! To oczywiście zbytnia nadgorliwość, ale faktem jest, że cudzysłów w cudzysłowie, to forma jak najbardziej poprawna. W takich wypadkach główny cudzysłów składa się z dwóch apostrofów, a w środku zdania stosuje się cudzysłów ostrokątny…

            Stop! Najwyraźniej zagalopowałem się w tych teoriach na temat znaków graficznych. Może to i ciekawy temat, ale nie na felieton! To może ciekawostkę jakąś podam na koniec… Otóż termin „cudzysłów” wymyślił i utrwalił w końcu XVIII wieku Onufry Kopczyński! A felieton, który miał być o maju - napisał Romek Dopieralski, kończąc go… wielokropkiem…

(Roman Dopieralski)

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (20) | dodaj komentarz

Kolejny wieczorek u Brackich…

środa, 06 maja 2015 22:41

 

 

PROZATORSKI POCZĄTEK

POETYCKIEGO ROZKWITU

 

 

 

 

            Kolejny udany wieczorek literacko-muzyczny miał swój finał w Klubie Osiedlowym „Nasz Dom”. Poetycko udzielali się Braccy poeci w autorecytacjach swoich wierszy, zaś muzycznie zaprezentował się Mikołaj Kobus – wirtuoz harmonijki ustnej. Co do prozy, jak zwykle rozpoczął wieczorek swoim felietonem Romek Dopieralski. Oto prozy ciut Brackiego prozaika…

 

 

Znalezione obrazy dla zapytania felieton fotki 

 

  

W prozatorskim rozkwicie

            Tytuł dzisiejszego wieczorka zobowiązuje - „W poetyckim rozkwicie”. Na własny użytek mógłbym sobie zinterpretować, że ten tytuł nie tyczy się mojego felietonu, a wyłącznie treści wierszowanych, więc to poeci powinni stanąć na wysokości zadania. Jednak samo słowo „rozkwit” jest bardzo nośne i czuję, że ja również muszę odnieść się do niego w swoich treściach felietonowych.

            Analogicznie rzecz ujmując, ten mój felieton powinien być takim moim prozatorskim rozkwitem! Łatwo powiedzieć: -Kolego, rozkwitnij w tym felietonie! No cóż, powiem szczerze jak na spowiedzi, że lepiej się pisze, kiedy bierzesz ołówek do ręki i… piszesz. Piszesz po prostu to, co w danym momencie do głowy ci przyjdzie. Potem trochę skreśleń, wstawek, zmian w konstrukcji tekstu i podszlifowanie kończącej felieton puenty. Ale tworzyć pod presją, iż      w tym konkretnym felietonie trzeba rozkwitnąć, to już – że tak powiem kolokwialnie – inna para kaloszy.

            W takim przypadku nie wystarczą proste sformułowania, zbyt banalna tematyka, nadmierna swoboda w posługiwaniu się metaforą i skojarzeniem, czy też zastosowanie za bardzo rozbuchanej fikcji. Bowiem takim rozkwitającym felietonem – zresztą każdym felietonem, ale takim rozkwitającym                        w szczególności – ja powinienem w potencjalnym słuchaczu rozbudzić zaciekawienie. Powinienem niemalże nawiązać z nim bezpośredni kontakt. Zwłaszcza, gdybym w takim rozkwitającym felietonie atrakcyjną formę połączył z lekkością tonu i temu wszystkiemu bym nadał żartobliwy lub satyryczny charakter. Gdybym tak jeszcze w tym kwitnącym felietonie jakiś aktualny temat potraktował w sposób dygresyjny i zróżnicował go stylistycznie. I koniecznie musiałbym mieć do niego subiektywny stosunek, zaś co do uogólnień, to powinny one mieć charakter raczej hipotetyczny.

            I wiecie, co? Ja bardzo chętnie stworzę dla was taki rozkwitający felieton… Ale nie dzisiaj, bo miejsca na kartce zaczyna mi brakować. I mój czas przeznaczony na felieton – też się kończy. Dziękuję!

 

 

PS  Wiersze z tegoż wieczorka – już niebawem. Przecudnej one urody, więc koniecznie sczytaj by je wypadało!

 

 

Znalezione obrazy dla zapytania poezja fotki

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (16) | dodaj komentarz

Bracki felieton Romka D...

piątek, 24 kwietnia 2015 19:01

 

 

KIEDY JUŻ WRÓCI DOTYK

(felieton)

 

Znalezione obrazy dla zapytania wiosna fotki 

 

Tradycyjnie już, w myśl zasady, że nie samą poezją człowiek żyje – kolej na wieczorkowo-bracki felieton. Ten ciutek wieczorkowej prozy miał swój odczyt pod koniec marca na biesiadzie literacko-muzycznej pt. „Zaczarowana muzyka pierwiosnka”. Felieton jest oczywiście tematyczny, czyli przyporządkowany wieczorkowemu tytułowi…

 

Znalezione obrazy dla zapytania pierwiosnek fotki

            Zaczarowana muzyka pierwiosnka.… Ten wieczorkowy tytuł to taka metafora? A może to wcale nie żadna przenośnia, może na przedwiośniu tak się dzieje, że wszystko ożywa. Wyzwolone z okuć zimy zaczyna pulsować, nabierać ciepłoty. To, co trwało w otępieniu, teraz budzi się do życia – eksploduje!

            Wcale bym się nie zdziwił, gdybym nagle posłyszał, jak z trawników wydobywa się melodia. Bo oto, pośród oswobodzonych ze śnieżnej skorupy źdźbeł trawy, kępy dorodnych pierwiosnków koncertują radośnie. Oto właśnie nastała wiosna! Kry już spłynęły wartkimi nurtami rzek. Wiosenne słońce jest sprawcą odradzającego się życia. Każdej roślince na nowo chce się wzrastać, kwitnąć i rozmnażać.

            Dlatego, jak się tak dobrze wsłuchać w budzącą się przyrodę, te wszelkie poszumy, szelesty, ptasie trele od poranków wcześniejsze, wtedy naprawdę ma się wrażenie, że do prawdziwej melodii, nie są potrzebne żadne gitary, perkusje – nawet instrumenty klawiszowe. Przyroda bowiem i bez nas radzi sobie równie doskonale.

            To my przecież w tę idealną wprost harmonię wkradamy się tym samochodowym jazgotem. Nawet w swoich domostwach, już nie potrafimy wysiedzieć bez włączonego telewizora i płynących hałasów z potężnej mocy głośników. A kiedy się nam zdarzy zabłądzić w parkowe aleje, nie bardzo jesteśmy zainteresowani tym, co wokoło, mając na kolanach włączony laptop, a w uszach słuchawki. Miejskie klomby też informują nas o eksplodującej wiośnie. Jednak, żeby ją dostrzec, nie można bez przerwy wpatrywać się w komórkowy ekran i kciukiem szusować po bezdotykowej klawiaturze.

            Dlatego warto zatrzymać się choćby na moment. Na chwilę zwolnić ten szaleńczy bieg. Wtedy otworzą się nasze oczy, udrożnią nasze uszy, wróci powonienie, dotyk… i poczujemy zaczarowaną muzykę pierwiosnka…     

/Roman Dopieralski/

 

 

PS W następnym wpisie będą wieczorkowe wiersze w scenariuszowej oprawie humorem podszyte…

 

 

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (17) | dodaj komentarz

Nie samą poezją człowiek żyje…

piątek, 13 marca 2015 20:28

 

 

PROZATORSKA

LIRYCZNOŚĆ LUTEGO

(Bracki felieton)

 

 

 Znalezione obrazy dla zapytania luty fotki

 

 

Liryczność zimowego miesiąca

 

            „Liryczna odsłona lutego” – taki jest tytuł dzisiejszej biesiady literackiej. Postanowiłem więc, zanalizować ów tytuł i wyłuszczyć liryczność lutego z różnych jego odsłon. Może w ludowych porzekadłach coś znajdę. Wszak przysłowia są mądrością narodów, a w każdym narodzie tej lirycznej nuty na co dzień, choć odrobinę by się przydało.

            Nie można przecież myśleć ciągle o niespłaconych kredytach we frankach szwajcarskich albo bez ustanku przysłuchiwać się telewizyjnym debatom naszych polityków, choćby byli super uczciwi i obiecywali przemieszczanie się wyłącznie transportem publicznym, rezygnując z całkiem niezłych funduszy za tzw. kilometrówki. „Kiedy luty – obuj buty” – mówi przysłowie. Jakiejś wyjątkowości i liryki być może, kiedyś by się człowiek w tym dopatrzył, gdy inny człek z drewniakami pod pachą szedł do kościoła i dopiero u jego progu te buty zakładał. Teraz but towarem jest łatwo dostępnym, więc       o uczuciowość do niego raczej trudno, kiedy w dodatku widzi się jeszcze stosy całkiem dobrych zelówek, walających się po śmietnikach. Co do przysłowia: „Luty – omarzną ci      u nosa gluty” – z przyczyn oczywistych analizować nie będę.

            Może z dni ważnych lutego liryzm jaki wyłowię? W Tłustym czwartku dopatrywałbym się wyłącznie liryczności łzawej, kiedy najpierw z rozkoszą oddajemy się tej słodkiej rozpuście, a potem wpadamy w czarną rozpacz, jak się pozbyć tych kalorycznych nadwyżek. Mam… w końcu znalazłem coś, co rozgrzewa nasze serca nawet wtedy, kiedy luty staje na wysokości zadania i przeogromnym mrozem skuwa wszystko wokoło. To są Walentynki, to są te kartonowe serduszka, jakie sobie ofiarowujemy. Te nasze osobiste uczucia i doznania, nastroje i refleksje, ta liryka wypływająca z pocałunków, przytuleń, spojrzeń zakochanych oczu – to wszystko razem wzięte roztapia nawet najsroższe okowy lutego. Po paru dniach jest Dzień Kota, więc tę naszą powalentynkową serdeczność przenosimy na naszych futrzastych milusińskich. I znowuż jest miłośnie, i znowuż jest lirycznie, tym bardziej, że w tym roku Dzień Kota zbiegł się z Ostatkami, czyli popularnym „śledzikiem”. Bo potem, to już tylko liryka religijna bez karnawałowych szaleństw, ale za to z Popielcem i czterdziestodniowym poszczeniem.

            I oto, z tej uduchowionej aury wyłania się liryczność najczystrzej miary. Świecka to tradycja, comiesięczna, od lat kultywowana i prezentowana z wielkim pietyzmem. Co to takiego? To wieczorki literackie Krajowego Bractwa i wspaniała publiczność, biorąca w tym udział.

/Roman Dopieralski/

 

Znalezione obrazy dla zapytania luty fotki

 

 

PS  I jeszcze została nam – by literacki wieczorek u Brackich zakończyć ostatnią kropką -porcja utworów o tematyce dowolnej. Będzie okraszona humorystycznym komentarzem, który był udziałem antraktowej papli, czyli Brackiego konferansjera. Nawet kilka dowcipów też przedstawionych będzie. Jednym słowem – to, co na naszym wieczorku się wydarzyło, to i u nas na blogu będzie odzwierciedlone. Choć wiadomo, co na żywca, to na żywca…

A taka okazja już niebawem. 23 marca organizujemy kolejną literacką biesiadę, o której jeszcze napomkniemy!

 

 

 Znalezione obrazy dla zapytania luty fotki

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (11) | dodaj komentarz

Wieczorkowa proza…

środa, 11 lutego 2015 15:36

 

 

NIE TYLKO WIERSZEM

czyli

FELIETON ROMKA D.

 

 

Znalezione obrazy dla zapytania noworoczne fotki 

 

 

            Jeszcze kiedyś, na wieczorkach literackich wyłącznie recytowano wiersze. Jeszcze kiedyś, ale już w czasach nam bliższych, postanowiono wprowadzić na literacką biesiadę ciut prozy. No i wprowadzono. Było to we wrześniu 2006 roku, a felieton zatytułowany był „Optymista znad Wisły”. Natomiast jego autorem był - też raczej - optymista, ale znad Dzierżęcinki, rzeki nieco mniejszej, przepływającej przez Koszalin – gród naszego Krajowego Bractwa Literackiego.

            I tenże poeta – prozaik po dziś dzień odczytuje swoje felietony na comiesięcznych spektaklach literackich, organizowanych przez Brackich poetów. Trwa to więc już czas jakiś, zatem uzbierało się tych felietonów już niemało. Na najbliższej biesiadzie (23 lutego) nastąpi niejako kolejny jubileusz, bowiem będzie to felieton numer 60!

            Póki co, zapraszamy na ten styczniowy - pięćdziesiąty dziewiąty…

 

 

Znalezione obrazy dla zapytania noworoczne fotki

 

 

Noworocznych postanowień czar

 

            Nowy Rok swoje prawa ma. Zaczynają się one już w jego wigilię, kiedy w Sylwestra zobowiązujemy się do zmian, jakie chcemy wprowadzić w naszym życiu, w tymże Nowym Roku. Do stereotypów należą rzucanie palenia i zakusy na schudnięcie. Ambitniejsze deklaracje to nauka języków obcych od podstaw dla kogoś, kto jeszcze ni w ząb nie „spika” ani nie „szprecha”. Tudzież poszerzenie lingwistycznych horyzontów u bardziej zaawansowanych, którzy idiomy poszczególnych języków mają w jednym palcu, ale do płynnego porozumienia się z chińczykiem jeszcze im nieco brakuje.

 

Znalezione obrazy dla zapytania noworoczne fotki

 

            Do takich popularniejszych postanowień noworocznych, które by nas jeszcze bardziej udoskonaliły, można zaliczyć formowanie własnego ciała. Ten aktywniejszy tryb życia u jednych przejawiać się może bieganiem, u drugich chodzeniem na basen, albo chodzeniem z kijkami zaś domatorom zostaje robienie „brzuszków” na dywanie. Chęć ukulturalnienia się też pewnie niejednemu przyszła do głowy. –Przynajmniej raz w miesiącu muszę zaliczyć teatr, kino, filharmonię, muzeum, jakiś wernisaż i obowiązkowo wieczorek literacki!” – tak zapewne przyrzekali sobie osobnicy, którzy w Starym Roku z ukulturalnieniem najwyraźniej byli na bakier. Na naszych noworocznych listach zobowiązań figurował być może większy szacunek do bliźniego. Życzenie sobie większej punktualności i nieużywanie brzydkich słów też mogło się tam znaleźć oraz wiele, wiele innych mniej lub bardziej dziwacznych obietnic, których spełnienia chcielibyśmy w tym Nowym - pachnącym jeszcze świeżością – Roku.

 

Znalezione obrazy dla zapytania noworoczne fotki

 

            Jednak tak to już bywa, że obietnice obietnicami, a życie życiem i nie zawsze toczy się ono tak, jakbyśmy sobie zaplanowali. Najważniejsze, aby się nie załamywać, kiedy coś nie wychodzi. Za niespełna rok, znów będzie Nowy Rok i możliwość nowych postanowień. Ważne, aby chcieć się poprawiać, coś w sobie zmieniać, czegoś nowego się uczyć. Jak to mówią - dla chcącego nic trudnego! Ja, na ten przykład, w tym roku w filharmonii jeszcze nie byłem, w muzeum też moja noga nie stanęła, ale jestem oto na wieczorku literackim! I felieton nawet napisałem! Ukulturalnienie więc wdrożyłem? Wdrożyłem! Można? Można!… Dziękuję!

       

Znalezione obrazy dla zapytania noworoczne fotki 

 

PS  W następnym materiale będzie część, którą na literackiej biesiadzie poświęciliśmy Wackowi Rytlewskiemu. Będą zatem dwie piosenki tego niedawno zmarłego Brackiego poety, jego jeden wiersz, który posłużył jakby do przybliżenia sylwetki Wacka i dwa inne utwory jemu poświęcone, a napisane przez Brackich poetów.

 

 Znalezione obrazy dla zapytania noworoczne fotki

 

 

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

Nie tylko wierszem…

sobota, 27 grudnia 2014 20:32

 

 

DYWAGACJE  MYSZKĄ

TRĄCAJĄCE...

(felieton)

 

 

 

 

            By być w zgodzie z comiesięczną tradycją, również na naszej grudniowej biesiadzie literackiej brackiego felietonu zabraknąć nie mogło. A przyznać trzeba, że tradycja to już całkiem długa, bowiem pół setki felietonów już dawno minęło.

            Jeśli sądzić po kondycji naszego całego Krajowego Bractwa Literackiego - z przecudnej wprost miejscowości, jaką jest Koszalin – to setka pęknie kiedyś jak nic! Zatem zapraszamy na kolejny Bracki felieton, który premierę miał na ostatnim w tym roku wieczorku literackim. Było to jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia (15 grudnia), więc temat już trąca nieco myszką. Nawet ta jesień w tytule wydaje się jakaś taka dziwna, choć w grudniu przecież kalendarzowej jesieni jest więcej aniżeli zimy...

          Trzeba po prostu wziąć poprawkę i wczuć się w jesienno-przedświąteczny klimat, jaki wtedy panował. A żeby to wszystko było jeszcze mocniej pokręcone, to obecnie przyprószyło nieco śniegiem i ów felieton zdezaktualizował się jeszcze bardziej…

 

 

Jesienno-przedświąteczne dywagacje

            Jesień dogorywa. Drzewa ostatecznie pozbyły się liści. Nawet modrzew igły już pozrzucał. Krótszy dzień. Spacery z psem mniej wędrowne. Czasem plucha, czasem dmucha. Ostatnio mróz postraszył. I dobrze. Przyjdzie zima, bielą sypnie i pozakrywa podgniłą zieleń oraz inne jesienne niedoskonałości.

            Czy o jesieni jedynie negatywnie można mówić? Oczywiście, że nie! Zwłaszcza tegoroczną jesień należy raczej zaliczyć do udanych. Zatem dlaczego o tej naszej jesieni, nawet jeżeli złota ona i polska, wyrażamy się teraz jakoś tak smętnie. Ja bym to rzucił na karb tradycji. Tradycją bowiem jest, że jak coś trwa i trwa – tęsknimy już za czymś nowym. Kończy się jesień – my już wyglądamy zimy. Stary Rok na skraju – chcemy Nowego, a nuż będzie lepszy. Zbyt długo świeci słońce, już słychać komentarze, że mogłoby popadać. Kiedy deszcz – tęsknimy za słońcem. I tak w kółko, i tak ze wszystkim.

            Ale to normalne, bo jeszcze się taki nie urodził, co by każdemu dogodził. Ja jestem pewien, że nawet jak się taki ktoś urodzi, to i tak każdemu nie dogodzi… To raczej wręcz niemożliwe, bo kto by wtedy rządził Koszalinem? Teraz wybrano starego prezydenta na nową czteroletnią kadencję. Jednak sporo wyborców głosowało na tego, którego gdyby wybrano, byłby nowym prezydentem w nowej kadencji. Zatem tych wyborców, wedle powyższego przysłowia, można uważać za tych, którym nie dogodzono, bo ich kandydat przegrał walkę o prezydencki stołek…

            Z polityki zejdźmy na ziemię, tym bardziej, że rocznica narodzin Jezusa się zbliża. I w tym temacie również można drążyć. Znane przecież są dywagacje o wyższości świąt Bożego Narodzenia nad świętami Wielkiej Nocy. Ja na szczęście w owych dywagacjach udziału nie biorę i dogadzając samemu sobie – obydwa święta kocham jednakowoż.

            Już niedługo przystroję choinkę pachnącą żywicą, będę spoglądał w niebo, wypatrując pierwszej gwiazdki i ucztować będę pośród potraw dwunastu. Jedna sprawa tylko mnie trapi. Jeśli chodzi o prezenty pod choinką, to czy Święty Mikołaj w tej materii dogodzi mi, czy też nie dogodzi…

(Romek Dopieralski)

 

 

PS Z grudniowego wieczorku pozostało jeszcze nieco wierszy Brackich poetów. I one również będą na blogu zamieszczone, bowiem skrupulatność jest cechą charakterystyczną w gronie naszej literackiej braci. A niby mówi się, że poeci, to tacy romantycy z głową w chmurach wyłącznie…

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (27) | dodaj komentarz

Show must go on…

niedziela, 14 grudnia 2014 22:12

 

 

WIECZORKOWA

PROZA

(felieton)

  

 

            Niedawno pożegnaliśmy naszego kolegę po piórze, Wacka Rytlewskiego. No cóż – takie jest życie. Dlatego trzeba się jakoś pozbierać i dalej kontynuować nasze literackie treści. Bo ten literacki show musi dalej trwać (show must go on)...

            Zatem kontynuujemy to, co na listopadowym wieczorku („W aurze jesiennej zadumy”) się działo. Kolej teraz na ciut prozy, czyli felieton Romka D. A dlaczego na naszych wieczorkach w autorecytacje wierszy Brackich poetów wkrada się proza? Ano dlatego, że przecież nie samą poezją człowiek żyje…

           Na wieczorku felieton odczytany został jeszcze przed autorecytacjami wierszy Brackich poetów. Dlatego ważnym staje się wyjaśnienie tego faktu, bowiem celowo zachowany został jego oryginalny zapis. Po prostu czytając go, trzeba się jakby przenieść w dzień 24 listopada Roku Pańskiego 2014 i stać się jednym z gości, którzy przybyli na naszą literacką ucztę do Klubu Osiedlowego "Nasz Dom" w Koszalinie...

           Życzymy miłego wczuwania się...

 

 

FELIETON Z BRACKICH TEKSTÓW

            „Nie wiem, czy to Papa Rok tak każe / czy coś tak się z dawna składa / że dźwigać smutków bagaże / to zadanie Listopada”. Jest to jedna ze zwrotek wiersza Marysi Rudeckiej, która sportretowała w nim tenże jesienny miesiąc, a który jeszcze na wieczorku w całości usłyszymy. Ja dzisiaj, z tym moim felietonem, idę trochę na tzw. łatwiznę, bowiem postanowiłem napisać go, posiłkując się  fragmentami wierszy brackich poetów, którzy je na dzisiejszej uczcie literackiej osobiście i w całości zaprezentują.

            Tak więc z lubością nurzam się dalej w tych rewelacyjnych tekstach. A pomogą mi w tym urywki z wiersza Grażynki Piekarewicz : „Wchodzę w ten świat / W myślach, w słowach, w tym co nieskończenie piękne zatrzymuję czas // Rozgościły się we mnie wzruszenia // Odpoczywam // Zanurzam się w objęciach jesieni”. Po takich wersach nawet najbardziej kapryśna jesień jest do polubienia. Natomiast do pionu stawia mnie utwór Reginy Adamowicz: „Twe bohaterstwo i Twój trud / Poruszył Polskę całą / A Nadwiślański Boski Cud / Okrył Cię wielką chwałą”. I by na baczność nadal tkwić, moimi ustami - zaś tekstem Ludmiły Raźniak – odezwę do narodu wygłoszę: „Urodzony w Niepodległej / czy umiesz docenić / wolność / niezawisłość / swobodę słowa / i wiernie jej strzec // Czy wiesz co to miłość / i duma  narodowa / żeś Polak spod znaku Orła”. O tak, piękne to słowa, zwłaszcza w zestawieniu z datą 11-sty listopada Roku Pańskiego 1918-go, kiedy po 123 latach niewoli odzyskaliśmy niepodległość, będąc teraz wolnym narodem już od lat 96. Z tej pozycji na „baczność!” dopiero wiersz Roberta Kamina mnie wyzwolił: „Potem zabawy przyszły dni młode / Kiedyśmy świata pili urodę / A piwo z dzbana wdzięcznie się lało / Wino z Andrzejem uszczęśliwiało”. A już kompletny luzik złapałem po linijkach z utworu Jana, tego od Wiśniewskich: „Wyrosłem już z raczkowania, za rękę prowadzić się nie dam / Po cóż mi drogowskazy / jakieś nakazu i zakazu znaki / Przecież to ja wiem chyba najlepiej / co dla mnie dobre i czego chcę”.

            I wiecie co, ja po tej zwrotce z wiersza Jana nabrałem takiej nadziei, a nawet pewności, że mi się nie oberwie od brackich poetów, że tak sobie ich być może w pocie czoła stworzone wersety – podebrałem.  No cóż, intencje miałem dobre, zaś co do wyniku tegoż przedsięwzięcia, waszej poddaję się ocenie.

(Romek Dopieralski)

 

 

PS  Z materiałów dotyczących listopadowego wieczorka literackiego zostały nam jedynie wiersze z jego drugiej części. I to też niebawem się ukaże.

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Nie tylko prozą, czyli bracki felieton…

środa, 19 listopada 2014 19:17

 

 

MUŚNIĘTY FELIETONISTA

 

 

  

            Co by nie nastąpił przesyt poetyckich treści podczas literackiej uczty u brackich poetów, jako tak zwany przerywnik stosowany jest felieton. Ta proza odczytywana przez Romka D. zwykle bywa rezolutna i podszyta jest humorem. Nawiązuje przeważnie do tematu przewodniego wieczorku.

            Ciekawe, czym teraz felietonista podszył swój felieton. Kto chce poznać – niechaj sczytuje, co poniżej zapisane…

           

 

Muśnięty przez jesień

           Musnęła mnie jesień. Co rusz jakiś liść ląduje mi na głowie. Drzewa nie dosyć, że pozbawiane są zieloności, to jeszcze łyse się robią w tempie błyskawicznym. I znowuż przed domem wyrósł mi komin elektrociepłowni, zakrywany dotąd przez dorodne topole. Nad przedszkolem zwieszają się ich ramiona, obficie zrzucając swoje pożółkłe odzienie. Ja te drzewa nawet rozumiem. To ich pomysł na przetrwanie zimy. Zamiast tracić siły dokarmiając liście, wolą magazynować energię, by równą walkę móc toczyć z mrozem.

            Czy pan, grabiący teren przedszkola, jest również jak ja – wyrozumiały? Niczym Syzyf, z wielkim  mozołem, nierówną toczy walkę. Siły natury trudnym są przeciwnikiem i zgrabiony trawnik, już po chwili, ponownie pod liściastą kryje się peleryną. Mozół jego nagrodzony jednak będzie. W końcu ostatni opadnie liść, a on odstawi swoje grabie w gospodarczy kąt.

            Musnęła mnie jesień. Za czapką przez pół godziny po podwórku ganiałem. Wiatr turlał ją przez kałuże i wzbijał w górę, kiedy podbiegałem. Ja go nawet rozumiem, bo kiedy ma się wyszumieć? Latem nie lubią go wczasowicze. Wiosną okazuje mu wzgardę utrudzona po zimie przyroda. Dlatego wiatr teraz sobie folguje i przechodniom okrycia zrywa z głów.

            Musnęła mnie jesień. Z nieba jak z cebra we mnie chlusnęło, nim parasol zdążyłem rozłożyć. Po grzbiecie zimna pociekła mi strużka i w butach chlupało. Ale i to można zrozumieć. Przecież chmury w końcu  skroplić się muszą.

            Reasumując: co rusz dostaję liściem po głowie, wiatrem mam smaganą twarz, a w butach deszczówka mi chlupie. Czy ja zatem jesień lubię? Oczywiście, że lubię! Bo nic nie zastąpi tej przebogatej palety jesiennych barw, widoku płynących po niebie pajęczych nici i tych gwarnych ptasich kluczy w przestworzach. Nawet muśnięcia jesieni też można polubić.

/Roman Dopieralski/

 

 

 

PS  A niebawem – druga część wierszy brackich poetów z humorystycznym komentarzem, czyli wszystko to, co miało miejsce podczas ostatniego wieczorku literackiego.

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Nie tylko wierszem, czyli…

środa, 22 października 2014 17:23

 

 

WIECZORKOWA PROZA

Romka D.

 

 

 

Błękitne echa lata

         Tytuł dzisiejszego wieczorku brzmi: „Błękitne echa lata”. Jak odnieść się do tegoż tytułu? Przecież lato już minęło. „Przeminęło z wiatrem”, można by nawet rzec i wtedy byłoby nawiązanie do pewnego kinowego hiciora, tak zwanego hollywoodzkiego wyciskacza łez. Tym bardziej, że nastała teraz łzawa jesień. Jej przebogate odcienie brązu coraz bardziej atakują soczystą zieleń lata. My natomiast coraz częściej zmuszani jesteśmy, by nasze brązowe karnacje, z takim trudem zdobyte po wielogodzinnych prażeniach się w słonecznych promieniach, przykrywać teraz, bo dni coraz chłodniejsze.

         A może optymistyczniej podejść do tematu. W końcu lato trwało cały kwartał. Pogoda była wprost rewelacyjna. Bywały dni, kiedy na naszym kontynencie najcieplej było właśnie w Polsce. Pod tym kątem nawet najwięksi pogodowi malkontenci raczej niczego złego o lecie powiedzieć nie mogą. No, powiedzmy, że niby nie mogą. Bowiem do moich uszu dochodziły niekiedy i takie komentarze, że jest za gorąco, że znowu to słońce, spiekota taka, że nie ma czym oddychać. Już tak poważnych malkontentów – gdyby to ode mnie zależało - osobiście bym na Alaskę ekspediował.

         Polak lubi ponarzekać. Polak wręcz czuje się niekomfortowo, kiedy coś tak fantastycznego, jak tegoroczne lato – zbyt długo trwało. Nie uogólniajmy jednak danej kwestii, która tym razem być może jest autorstwa zaledwie garstki skrajnych malkontentów, którzy malkontenctwo prawdopodobnie już z mlekiem matki wyssali. Z powrotem nałóżmy więc kolorowe okulary, by znowuż poczuć na sobie soczyste promienie minionego lata. By znowuż kroczyć po rozgrzanych piaskach nadmorskich plaż. By nad głową znowuż posłyszeć świergot rozanielonego latem ptactwa. By te wielobarwne motyle znowuż fruwały w zasięgu naszego wzroku. Aby znowuż odurzał zapach kwitnących w lipcu lip. I te przepiękne sierpniowe obrazy na polskich polach, kiedy falują łany zbóż z bławatkiem w tle.

         No cóż, jesień teraz, ale błękitne echa lata na długo jeszcze w nas pozostaną.

 

 

PS  Wiersze z drugiej części wrześniowego wieczorku literackiego za niedługo ukażą się. Będą to zarazem drugie wiersze tych samych autorów, którzy zaprezentowali się w części pierwszej. Będzie więc o tym i o tamtym, a nawet o owym, bowiem jakakolwiek tematyka nie obowiązywała wcale. Dany poeta pisał, co mu w trzewiach grało. A że niejednemu grało, że ho ho, to i wiersze superaśne są! Zapraszamy zatem do kolejnych odwiedzin naszego bloga i to takiego bloga… że ho ho!!!

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Nieco prozy wieczorkowej…

czwartek, 12 czerwca 2014 23:32

 

 

NIE TYLKO WIERSZEM

czyli

FELIETON ROMKA D.

  

 

Co by tradycji stało się zadość, tak i na ostatnim Brackim wieczorku – nie obyło się bez felietonu. Już od wielu literackich biesiad felietony Romka D. wkomponowują się w tematykę danej uczty literackiej. Tym razem tematem przewodnim była wiosna i jej nastroje. I o tym właśnie jest felieton, a właściwie o tym, co zrobić, aby te nasze wiosenne nastroje były jak najbardziej optymistyczne…

 

 

     

 

 

Wiosenne nastroje

         Już samo słowo „wiosna” powoduje, że optymistyczniej patrzymy na świat. A jak optymizm to i o uśmiech łatwiej. Zaś od uśmiechu do takiego prawdziwego śmiechu już tylko kroczek. I kiedy tak śmiejemy się – że tak powiem kolokwialnie – pełną gębą, wtedy nasz mózg zaczyna produkować drogocenne endokryny, chroniące nas przed stresem i różnymi chorobami.

         A kiedy człowiek zdrowszy, bo nad sobą ma piękne wiosenne niebo,        a w sobie wiosenny spokój to i łatwiej wytworzyć w sobie serotoninę, zwaną hormonem szczęścia. Bowiem wpływa ona na strefę psychiczną naszego życia. Podwyższa nam nastrój i powoduje uczucie przyjemności, a czasem wręcz euforii. Stąd jej nazwa – hormon szczęścia. Naukowcy nawet posuwają się do stwierdzeń, że serotonina jest również jednym z czynników warunkujących proces naszego zakochiwania się.

         Wystarczy już tych medycznych wywodów i powracamy do wiosny, która jak się okazuje imion ma wiele. Jest wiosna kalendarzowa odnotowywana 21-go marca. Jest wiosna astronomiczna, kiedy Słońce przekracza równik i następuje tak zwana równonoc wiosenna. Jest również wiosna klimatyczna, kiedy średnie dobowe temperatury powietrza wahają się pomiędzy pięć a piętnaście stopni Celsjusza. I jest jeszcze jedno imię wiosny – wiosna fenologiczna, kiedy następuje początek wegetacji oraz kwitnienie przebiśniegów i krokusów.

         Tylko, czy aby tą mnogością imion wiosny nie namąciłem w głowach tym, którzy właśnie wiosną chcą się zakochać? Może u tych osób wystąpić dylemat. Zakochać się , kiedy już wiosna klimatyczna? Czy może nie zwlekać    i ruszać na sercowe podboje wiosną astronomiczną, kiedy słońce przekracza równik? A może na fenologiczną wiosnę poczekać? Wtedy z naręczem kwitnących krokusów smalić możemy zelówki do swoich upatrzonych sympatii. Może jednak nie dzielmy tej wiosny na czworo. Niech jedno ma imię. My zaś na co dzień - a nie tylko od wiosny – uśmiechajmy się jak najwięcej, by hormonu szczęścia mieć w sobie ogrom.

 

 

PS  Niebawem ukaże się ostatnia część wierszy, które przez Brackich poetów recytowane były na comiesięcznej biesiadzie, zwanej wieczorkiem literackim. Są one przecudnej urody, więc proszę zajrzeć na naszego bloga, by tej pięknej poezji nie przegapić.

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Nie tylko wierszem, czyli Bracki felieton Romka D.

wtorek, 08 kwietnia 2014 20:51

 

 

PROZA z KIELICHA

PRZEBIŚNIEGU

 

 

 

 

 

Felieton z kielicha przebiśniegu

            Udało nam się wymyślić całkiem zgrabny tytuł literackiego wieczorka - „Poezja z kielicha przebiśniegu”. Brzmi on pięknie, tak wzniośle, wręcz dobitnie, a przy tym delikatnie, po prostu poetycko. O tak, poezji w naszym tytule jest mnóstwo. Właściwie cały tytuł z czystym sumieniem można by zawrzeć w każdym wierszu. Choćby jako wers inicjujący. Dam przykład: „Poezja z kielicha przebiśniegu / wypełzła z gracją i leży sobie na śniegu / Leży i leży i oczom nie wierzy / oto zima swych kłów już nie szczerzy / Zwiastunem wiosny bowiem jest przebiśnieg, czyli śnieżyczka / o czym przekonała się poezja / widząc nieopodal spacerującego winniczka”.

            Przepraszam, trochę się zagalopowałem. Miał być felieton, a co ja robię? Rymuję sobie – z poezji robiąc podmiot liryczny. Winniczka zaś uosabiam, gdyż w moim wierszyku jest on spacerowiczem, a nie pełzającym brzuchonogim mięczakiem. A w felietonie trzeba operować prozą, mową niewiązaną, pozbawioną regularnych miar wierszowych. Wdepnąłem więc w przysłowia, czyli zwięzłe sformułowania pewnej prawdy ogólnej lub praktycznej mądrości. Wszak przysłowia są mądrością narodów! Przysłowia są ważnym składnikiem kultury ludowej!

            Za długo jednak tam nie pobuszowałem. W „Nowej księdze przysłów polskich” z 1970 pod hasłem „kielich” jest tylko jedno krótkie przysłowie: „Kielich goryczy”. Ale już o „kieliszku” tych mądrości aż dziewiętnaście! Dwa z nich zacytuję: „Kieliszek – braciszek, a butelka – siostra, ręka – przyjaciółka, co do gęby niosła”. I druga mądrość: „Mały kieliszek nie dojdzie do kiszek”.

            Jednak nie o „poezję z kieliszka przebiśniegu” tu chodzi, więc z przysłów przerzuciłem się na symbol literacki, za pomocą którego można owemu „kielichowi” nadać znaczenie dwupłaszczyznowe. Na przykład w mitologii starożytnych Greków „kielich” symbolizował trunek i odurzenie – to zrozumiałe – ale ponadto zdrowie, śmierć i płodność. A w „Starym Testamencie” mowa jest o kielichu zbawienia, boleści, rozpaczy i smutku, czy też gniewu i odurzenia. Zaś świętemu Janowi w jego „Objawieniu” chrześcijański kielich posłużył nawet za symbol rozpusty!

            I na tym bym już zakończył ten mój poetycko-prozatorski felieton z odrobiną przysłów i symboli. Mam jeszcze tylko taki drobny apel do wszystkich: „Dbajmy o te śnieżyczki, cebulkowe roślinki o białych kwiatuszkach. O te przebiśniegi, którym z kielichów poezja się wylewa.

 

 

PS  Do wyeksponowania na blogu z marcowego wieczorka literackiego pozostała nam jeszcze druga część poetycka z wierszami Brackich poetów. Zatem z kielicha przebiśniegu co nieco jeszcze skapnie…

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Proza lutego…

poniedziałek, 03 marca 2014 17:49

 

 

BRACKI FELIETON

ROMKA D.

 

 

 

            „Nie tylko wierszem, czyli Bracki felieton Romka D.” to comiesięczna dawka prozy wprowadzająca w wieczorkowe treści. Felieton przeważnie nawiązuje do tytułu literackiej biesiady. Nie inaczej było i tym razem. Z tego jednak względu, że felieton odczytywany był w poprzednim miesiącu, czyli w lutym, konieczne więc były kosmetyczne poprawki, by go nieco zaktualizować.

            Oto Bracki felieton Romka D. po delikatnej korekcie - wykonanej oczywiście ręką autora, czyli tegoż Romka D od tychże Brackich felietonów właśnie.…

 

 

Rozszyfrowywanie tytułu

            Tytuł wieczorka literackiego brzmiał: „Karnawał, miłość i…” Co do karnawału, to przez cały miesiąc luty można było balować, bowiem  tak zwane „ostatki” - czyli wtorek po „tłustym czwartku”, a przed „popielcową środą” – dopiero w marcu… czyli jutro! Stepujmy więc, co sił w lśniących lakierkach, suńmy w szpilkach po salach w rytmach walca. Chudnijmy, chcąc wcisnąć się w wystrzałowe kreacje i miejmy mocne głowy, aby bąbelki z szampana nas nie ścięły. Po prostu bawmy się, bo od tego jest karnawał!

            Drugim wyrazem w naszym wieczorkowym tytule było słowo „miłość”. Jeżeli chodzi o ogólne pojęcie miłości to wszystko gra. Przecież miłość powinna być obecna z nami przez cały rok – każdego dnia – rzec by nawet można. Bo człowiek bez miłości jest jak świeca bez knota! Jak potrawa bez soli! Jak kwiat bez wody! Jak wierzba bez płaczu! No dobrze, ale dlaczego my tę „miłość” w miesiącu lutym tak eksponujemy? Ano dlatego, że sobie ściągnęliśmy z Zachodu święto zwane „Walentynkami”, co dosłownie znaczy „Dzień Zakochanych”. Czy takie naśladownictwo jest dobre, by tak coś przeszczepiać z jednej kultury do drugiej? Jeżeli to coś nas nie krzywdzi, a wprost przeciwnie – rozgrzewa nasze serca w ten zimowy czas – czemu nie? Ja w każdym razie takim rzeczom przyklaskuję.

            Do wyjaśnienia w wieczorkowym tytule pozostał nam jeszcze wielofunkcyjny spójnik „i” oraz następujący po nim „wielokropek”. Takie trzy kropki można potraktować jako pewne niedopowiedzenie. A może przy wymyślaniu tegoż tytułu jego twórcom po prostu zabrakło pomyślunku, więc stąd ten „wielokropek”? Nic z tych rzeczy! Byłem na tych literackich warsztatach, kiedy powstawał tytuł – „Karnawał, miłość i…” – i zapewniam, że owe trzy kropki sens swój mają!

            Ten „wielokropek” daje poecie po prostu dowolność w temacie. Taki poeta może wtedy stworzyć utwór choćby o pizzy, bowiem 9-go lutego to włoskie cienkie ciasto ma swój światowy dzień, podobnie jak nasze milusińskie kocięta, tyle że one 17-go lutego. Oto kilka innych propozycji dni honorowych, które w tym najkrótszym miesiącu się ulokowały: Dzień Świstaka, Dzień Singli, Międzynarodowy Dzień Fajczarzy i wiele wiele innych dziwnych dni. A już najdziwniejszy z dziwnych jest ten z 7-go lutego. Wiecie jaki do dzień? Dzień Dziwaka!!!

 

 

PS  Z lutowego wieczorka literackiego została nam jeszcze do zaprezentowania druga część poetycka w dwóch odsłonach. A czas nagli, bo już w drugi poniedziałek marca (10 III) mamy warsztaty, gdzie obmyślać będziemy strategię na marcowy wieczorek. Zaś efekt będzie do wysłuchania w czwarty poniedziałek marca (24 III).

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Odrobina wieczorkowej prozy…

środa, 05 lutego 2014 23:00

 

 

NIE TYLKO WIERSZEM

czyli

BRACKI FELIETON

  

 

         Jak ktoś tego bloga w miarę regularnie śledzi, z pewnością zauważył, że prozy ciutka również tutaj bywa zamieszczana. Jest to przeważnie tak zwana proza wieczorkowa czytana na literackich biesiadach. Krótko rzecz ujmując – to comiesięczny cykl pt. „Nie tylko wierszem, czyli bracki felieton Romka D.” Jeszcze tylko zostaje nam rozszyfrowanie owej literki „D” i już będzie wiadomo, że tą ciutką prozy literackie wieczorki Krajowego Bractwa Literackiego z Koszalina okrasza niejaki Romek Dopieralski.

         Romek D. widocznie lubi to czynić, bowiem tych wieczorkowych felietonów nazbierało się już równo pięćdziesiąt, o czym ich twórca nie omieszkał napomknąć dosyć dobitnie w tym właśnie pięćdziesiątym felietonie.

         O czym jeszcze nabajdurzył Romek D. w tychże felietonowych treściach, dalej zdradzać już nie będziemy. Trzeba po prostu komputerową myszką zjechać nieco w dół i felieton przed czytelnikiem – rzec by można – stoi otworem…

 

Magiczne oblicza zim

       Po raz pięćdziesiąty wystawiam na próbę Waszą cierpliwość, prezentując swój comiesięczny cykl zatytułowany: „Nie tylko wierszem, czyli proza Romka D.”. To już mój pięćdziesiąty bracki felieton, który Wam czytam na literackim wieczorku. Nie napomykam o tym, żeby się chwalić, że to już tyle prozy wyszło spod mojej ręki. Ani też dlatego, żeby pokazać jaki to ze mnie skrupulatny gość. Choć po prawdzie raczej jestem skrupulatny i nie ukrywam, iż chwalić też się czasami lubię.

      Bo ludzie pióra chyba lubią się chwalić swoją twórczością. Ewentualnie nie chwalą się ci, którzy piszą wyłącznie do szuflady. Uważam jednak, że chęć chwalenia się jest tylko kwestią czasu. Przecież wielu z piszących zaczynało w szufladach najpierw lokować swoje pisanie. Tak więc, taką oto mam radę dla obecnie piszących do szuflad:    -„Człowieku piszący do szuflady! Nie ukrywaj tego, co właśnie napisałeś! I tak prędzej czy później, chcąc się pochwalić, wyciągniesz to coś z owej właśnie szuflady!”.

         Jest jeszcze jeden powód, dla którego chwalę się tym pięćdziesiątym brackim felietonem Romka D. To jego cyfra! Tak… „pięćdziesiątka” ma coś w sobie… Kiedy przełożymy ją na lata pożycia małżeńskiego – mamy wtedy „złote gody”. „Pięćdziesiątka” to również połowa wieku albo pół setki, czyli połowa czegoś ze stu tudzież polecenie dla kelnera: -„Poproszę pół setki i dwie galaretki!” Jednym słowem „pięćdziesiątka” - jak by nie patrzeć - to taki ładny i okrągły jubileusik.

         Tylko że, to wszystko razem wzięte nijak ma się do tematyki tegoż grudniowego wieczorka literackiego, którego tytuł brzmi: „Magiczne oblicze zimy”. Do tej pory zawsze się starałem, żeby moje felietony jednak nawiązywały w treściach do tych naszych literackich biesiad. I tu Was zaskoczę, bo ten felieton też nawiązuje…

 Otóż ten pięćdziesiąty felieton napisany jest ręką obecnego pięćdziesięciolatka, który z „magicznymi obliczami zimy” ma do czynienia w swoim życiu już po raz pięćdziesiąty. Pięćdziesiąt przeżytych zim! I wiecie co? Każda z tych zim miała swoje magiczne oblicze. Magiczne byłe te moje zimy z wczesnego dzieciństwa i te, kiedy dorastałem, stawałem się mężczyzną, kochankiem, mężem, ojcem. Obecna zima też jest magiczna, bo oto stoję tutaj – teraz, czytając tenże pięćdziesiąty felieton. I oby każda następna zima oblicze miała również magiczne. Czego sobie i Wam serdecznie życzę.

 

 

PS  Informacja dla złaknionych Brackiej poezji! W następnym wpisie będą wiersze z drugiej części styczniowego wieczorka literackiego.

 

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Nie tylko wierszem, czyli felieton Romka D…

niedziela, 22 grudnia 2013 17:59

 

 

PRZEDŚWIĄTECZNA

PROZA

(felieton)

 

 

Tak się utarło, że wieczorkową pozycją, którą rozpoczynamy nasze literackie biesiady jest proza - „Nie tylko wierszem, czyli: Bracki felieton Romka Dopieralskiego”. Trwa to już czas jakiś i kolejny felieton będzie właśnie tym pięćdziesiątym! Póki to nastąpi, wypada zaprezentować ten czterdziesty dziewiąty, bowiem nie w cyfrze tkwi wartość danej prozy, a w jej treściach. Zatem przyjemnej lektury – tym bardziej, że w świąteczne odziana ona szaty. Za dni kilka święta, więc czytadło do poduchy jak znalazł…

 

 

Magia zimowej aury

         Czy można sobie wyobrazić u nas święta Bożego Narodzenia bez śniegu? No można… Oczywiście, że można. Jak nie napada to nie będzie. Proste i logiczne. Tyle tylko, że rzadko się zdarza, by tego białego puchu na święta nie było. W końcu żyjemy w takiej strefie klimatycznej i wychowywani jesteśmy w takiej kulturze, gdzie od kołyski wpaja się nam nierozerwalny związek świąt Bożego Narodzenia ze śniegiem i mrozem.

         `A propos mrozu to kiedyś nawet św. Mikołaja próbowano zastąpić jego świeckim odpowiednikiem, czyli Dziadkiem Mrozem. Aby nie upolityczniać mojego felietonu, nie będę nic napomykać o ustroju, w jakim wtedy żyliśmy. Nieco później - z czasów mojego dzieciństwa – był jeszcze inny dziadek z pewnej niemieckiej dobranocki, która tylko mnie utwierdziła w przekonaniu, że jak jest zima to i musi być śnieg. Nawet jak tego śniegu nie było – ja go widziałem. Wystarczyło tylko zamknąć oczy, a w dziecięcej główce pojawiał się sielankowy obraz zimy. Pod dom pełen dzieci podjeżdża na saniach Piaskowy Dziadek. Z nieba sypie się puszysty śnieg. W oknach strojnych w mroźne hafty roześmiane twarzyczki. Po chwili słychać dziecięcy chórek: -„Dziadku, drogi Dziadku, nie chcemy jeszcze spać / Choć tu zobaczyć nas przecież wiesz / Na dobranoc bajka musi być / Naszym gościem bądź, gościem bądź”.

         Z tych zamierzchłych czasów Dziadka Mroza i Piaskowego Dziadka wróćmy jednak do obecnie panującego św. Mikołaja – symbolu gwiazdkowych prezentów. Długo żyjemy w przekonaniu, że ów gość z siwą brodą, przemierzający świat w saniach ciągnionych przez renifery, przez komin właśnie wskakuje, by w wigilię Bożego Narodzenia prezentami spod choinek ucieszyć wszystkie dzieci na całym Świecie. Piękne to, choć niestety…

         No cóż, czas w miejscu nie stoi… my doroślejemy i kominy stają się jakby węższe, by mógł się w nich zmieścić św. Mikołaj. Natomiast dzieci nadal ze swoją dziecięcą wiarą piszą do niego listy. I wiecie co?… Ten św. Mikołaj nadal te prezenty im przynosi! I to jest właśnie ta magia świąt Bożego Narodzenia – magia zimy i jej białego puchu.

 

 

PS  Została nam do zaprezentowania jeszcze jedna porcja wieczorkowych wierszy. W połowie są to utwory o tematyce świątecznej. A zatem jeszcze przed świętami powinny się na blogu pojawić.

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Wieczorkowa proza listopada...

niedziela, 01 grudnia 2013 19:21

 

 

NIE TYLKO WIERSZEM

czyli

FELIETON ROMKA D.

 

 

  

 

 

Co ma liść do poezji

           Tytuł literackiego wieczorka brzmi „Poezja spadającego liścia”. Wymyślono go na warsztatach literackich, których pokłosiem jest ów wieczorek. Zapewne w jego części poetyckiej, w autorecytacjach brackich twórców, ich wiersze będą nawiązywać do tegoż tytułu. Czy dowiemy się o jakie liście chodzi? Czy będą to liście wyłącznie opadające? Ile będzie poezji w tych spadających liściach? Tego nie wiem, bo nie byłem na warsztatach, gdzie braccy poeci zaharowują się intelektualnie, by taki dzisiejszy wieczorek mógł powstać. Dlatego, chcąc od siebie do tejże literackiej uczty cegiełkę dołożyć, postanowiłem zanalizować wieczorkowy tytuł…

            Na początku próbowałem sprecyzować, o jaki to liść chodzić może. Laurowy? Kiedy, na przykład gotuję grochówkę? Jednak po głębszej analizie zrezygnowałem z tegoż tropu. Bo cóż poetyckiego może być w bobkowym liściu, choć z suszonych liści wawrzynu szlacheckiego on pochodzi. I nagle mnie olśniło! Czyż nie mówi się: „W listopad liść z drzewa opadł” albo ”W listopadzie goło w sadzie”. To przecież listopad serwuje nam porywiste wiatry, deszcz. Szarugi i gęste mgły to teraz codzienność. Jak zatem ma się w takich warunkach utrzymać na drzewie ten biedny liść. Odpada on więc od gałęzi i spadając na ziemię, staje się inspiracją dla poetów…

            Można nawet domniemywać, że taki poeta może się teraz w wiersze nieźle obłowić, bo tych liści przecież całkiem sporo z drzewa spada. Co krok to wiersz! Idziesz parkiem, a tu plask… i dębowy liść z gracją i wdziękiem ląduje u twych stóp. Nie namyślając się zbyt długo, wyciągasz notes i rymujesz: „Liściu, liściu dębowy / zawładnąłeś mną / i kawałkiem mojej wątroby”. Ledwie kończysz zwrotki ostatni wers, a tu klon obficie zrzuca swe okrycie. Tak wtedy zaczynasz swój drugi utwór: „Idę przez park / a tu obfity plon / na mój prawy bark / osypał się klon”… I jeżeli moje analizy, co do tytułu dzisiejszego wieczorka się potwierdzą, to obfitość „poezji spadającego liścia” zapowiada się nam iście imponująca!

 

 

PS  W kolejnym materiale będą wiersze z listopadowego wieczorka, który swój finał miał niespełna tydzień temu. Wiersze są o liściach opadłych, spadłych tudzież pożółkłych i zżółkniętych. Jednym słowem – poezji o liściach będzie ciut, a może i więcej.

 

    

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Bracki felieton Romka Dopieralskiego...

sobota, 09 listopada 2013 23:47

 

 

WIECZORKOWA PROZA

/felieton/

 


 

         To dobrze, że jest na wieczorku czytany felieton, czy źle? Tak naprawdę nigdy nie zadawałem sobie takiego pytania. No, ale skoro owe zagadnienie poruszyłem, może warto je zanalizować. Przekonać się, jakiż to ja mam stosunek do felietonów...

      Identycznie zaczyna się poniższy felieton, już ten docelowy – wieczorkowy – zaprezentowany podczas październikowej uczty literackiej, jaką Bractwo zorganizowało w siedzibie Koszalińskiego Klubu Osiedlowego „Nasz Dom”. Jak widać, niekiedy wystarczy zmienić nawet podmiot główny, a i tak da się to jakoś czytać. Tylko, czy po takim felietonie można by dać tytuł, że „Polacy szczęściarzami są”, wysłuchując jakąś słowną degrengoladę?

         Powiem krótko – nie! Według mnie, felieton, podobnie jak wiersz, jest jak sukienka – im krótszy tym lepszy. Dlatego każde słowo w nim użyte jest tak ważne. Przegadany felieton to nie felieton. W dobrym felietonie podejmuje się na ogół aktualną problematykę w sposób swobodny, impresyjny. Felieton ma na celu budzenie zaciekawienia, nawiązanie bezpośredniego kontaktu z czytelnikiem. Zaś atrakcyjna forma łączy się z lekkością tonu i często żartobliwym lub satyrycznym charakterem.

         Czy ów poniższy felieton spełnia te kryteria? Nie mi oceniać… A zatem, zachęcam do jego przeczytania, a później – albo ganić, albo chwalić!!!

 

  

 

Polacy szczęściarzami są

 

         To dobrze, że jest jesień, czy źle? Tak naprawdę nigdy nie zadawałem sobie takiego pytania. No, ale skoro owe zagadnienie poruszyłem, może warto je zanalizować. Przekonać się, jakiż to ja mam stosunek do jesieni.

         Teraz, kiedy się tak zastanawiam, jesień i w ogóle wszystkie pory roku wydają mi się ciekawe, oryginalne i jedyne w swoim rodzaju. Zaś razem ze sobą zestawione, tworzą całkiem niezły kwartet. A jaka różnorodność! Ta zima ze swoją bielą i pięknymi haftami malowanymi mrozem na szybach. Ta wiosna, podczas której wszystko budzi się do życia, by latem dojrzeć i owocem obsypać. No i ta nasza obecna jesień z gamą barw, której najdoskonalsza malarska paleta nie dorówna. Trzeba być naprawdę szczęściarzem, móc urodzić się pod taką szerokością geograficzną, gdzie pogodowa monotonia raczej nie zagraża.

         Dla porównania weźmy taką Alaskę, Grenlandię albo Sybir. Tam ciepła tyle, co kot napłakał. Ciągle chuchać w skostniałe dłonie, nosić futrzane czapy przez prawie okrągły rok, toć nudne i monotonne… A taka Afryka? Totalne przeciwieństwo. Ukrop do przesady. Pięćdziesiąt stopni Celsjusza w cieniu to normalka. U nas już przy trzydziestu stopniach koła aut grzęzną na asfaltowych pseudoautostradach. I co, tak grzęznąć i grzęznąć przez cały rok?… Niby na Równiku fajnie, bo tam żadne pory roku nie obowiązują. Siejesz, kiedy chcesz. Jednym słowem żniwa non stop! Tam nawet bez zegarków można się obejść, bo równonoc przez caluśki rok. Ale, czy to nie za monotonne. Przez dwanaście godzin mamy dzień. Potem dwanaście godzin nocnych… i tak dzień w dzień, miesiąc w miesiąc, rok po roku… nuda, totalna nuda.

         Wychodzi na to, że nie ma to jak u nas, kiedy co rusz diametralnie inaczej wokoło nas. A to słonko przygrzeje, a to deszczem zaciągnie, gradem sypnie, śniegiem opruszy… Te nasze szafy pękające w szwach, bo trzeba i przewiewne ciuszki mieć na lipcowe upały i futrzaste kreacje na lutowe mrozy. To docieplanie się kamizelką we wczesnowiosenne poranki. A kiedy nastaje polska złota jesień, wystarczy ciepły uśmiech. Po prostu – „ciepły uśmiech w jesienny czas” na wieczorku u brackich poetów…

 

 

PS Niebawem kolejna porcja wieczorkowych wierszy, które w autorecytacjach brackich poetów prezentowane były w zeszłym miesiącu. Kto na wieczorku był, ten wie, że warto będzie raz jeszcze mieć z nimi kontakt - tym razem kontakt wzrokowy. 

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Powalentynkowe dywagacje...

poniedziałek, 20 lutego 2012 20:42

 

 

„OBRZEZANY” WALENTY?

 (felieton)

 

   

 

            Zapożyczać cudze święta, czy nie? Nie mam zamiaru wypowiadać się za miliony. Owszem, papier wszystko przyjmie, ale w demagogię nie mam zamiaru się bawić. Każdy z nas powinien kierować się własnymi przemyśleniami i własnym kodeksem moralnym, by daną kwestię należycie ocenić.

            Zatem ja – Roman Dopieralski, syn Leona i Heleny, zdrowy (?) na umyśle stwierdzam, co następuje: Jestem za zapożyczaniem cudzych świąt! Oczywiście z pewnym wyjątkami. Jeżeli dane święto nie wprowadza w nasze życie zbędnego chaosu, nie nastawia nas wrogo wobec bliźniego, nie przymusza do nie wiadomo jakiś wyrzeczeń, to czemu nie.      

           Myślę, że bardzo dużą rolę odgrywają w tej kwestii własne przekonania religijne. Bo gdybym wraz z zapożyczeniem jakiegoś święta musiał np. idąc przykładem Araba kilka razy dziennie na klęczkach czynić pokłony Najwyższemu, to raczej by mi to nie odpowiadało. W tym miejscu pragnę zaznaczyć, że szanuję wszelkie obrzędy i rytuały religijne, ale nie jest to jednoznaczne z bezgraniczną miłością do nich.

            Równie szczerze przyznaję, że nie zawsze dla jednego Boga mam czas, więc tym bardziej wielobóstwo nie wchodzi w grę. Wykluczam również u siebie chęć bycia obrzezanym i wszelką ortodoksyjność. Nawet chrześcijański protestantyzm i katolicyzm w wykonaniu irlandzkich fanatyków jest mi obcy zarówno duchowo, jak i ideowo. Nie opowiadam się także za rytualnym zniekształcaniem swojej fizjonomii. Rozciągnięta dolna warga do rozmiarów rakietki tenisowej, w czym hołdują niektóre afrykańskie plemiona, czy też metrowej długości patyk w usznej małżowinie – to nie dla mnie.

            A czy wobec tego katolicyzm jest dla mnie? Te dziesięć przykazań, które tak mozolnie dziobał w skale Mojżesz? Nie odpowiem. Przecież się nie spowiadam, tylko roztrząsam kwestię: Czy zapożyczać cudze święta, czy nie?

            I choć wytknąłem co nieco wielu religiom, nadal uważam, że Święto Zakochanych jest w porządku. Przecież rozgrzewa ludziom serca w ten zimowy dzień lutego. Przecież mroźne powietrze wypełnia się aurą miłości. A wtedy nawet najtrwalszy głaz łatwiej rozkruszyć…

Romek Dopieralski

 

     

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Hymn Bracki i felieton tematyczny Romka D.

poniedziałek, 16 stycznia 2012 22:50

 

 

A PO HYMNIE

PROZY CIUT…

 

 

         Styczniowy wieczorek rozpoczął się nietypowo, bo wspólnym odśpiewaniem Hymnu Brackiego. Przybyli na wieczorek goście, oprócz słodkości przy stolikach, zastali również teksty z Hymnem Brackim. Tak więc, pół setki gardeł odśpiewało słowa hymnu autorstwa Zosi Zawilskiej. Linia melodyczna została zapożyczona ze znanej piosenki biesiadnej – „Hej sokoły”. Hymn, choć dawno nie śpiewany, wyszedł nam naprawdę dobrze, co uwiecznione zostało w lokalnej telewizji TVMAX. A może by już tak rytualnie zaczynać każdy wieczorek od odśpiewania naszego hymnu…

         Po Hymnie Brackim przyszła pora na kultywowany od wielu już lat felieton tematyczny Romka D., czyli: „Nie tylko wierszem…”. Jak na tematyczność danego miesiąca przystało, w felietonie tym („Deklaracji noworocznych moc”) nawet jego tytuł sugerował ową tematyczność. A jaka to była tematyczność? O tym poniżej…

 

 

               

HYMN BRACKI

 

1. Tam, gdzie złoty piasek plaży

Gdzie się bursztyn ogniem jarzy

Srebrnopióre, białopióre

Mewy krzyczą zgodnym chórem

 

ref.    Hej, hej, hej sokoły

Omijajcie góry, lasy, doły

Nie mijajcie Koszalina

Bo tu Polska się zaczyna

 

Hej, hej, hej sokoły

Omijajcie góry, lasy, doły

Nie mijajcie Koszalina

Bo tu Bractwo jest! jest! jest!

 

 

2. Wśród zieleni się spotyka

Wiatr od morza i muzyka

A poezja piękna Pani

Chodzi z nami ulicami

 

ref.    Hej, hej, hej …

 

3. Wina, wina, wina-wina dajcie

Z naszym Bractwem zaśpiewajcie

Niech się smutek pieśni zlęknie

Niech się rodzą wiersze piękne

 

ref.    Hej, hej, hej sokoły

Omijajcie góry, lasy, doły

Nie mijajcie Koszalina

Bo tu Polska się zaczyna

 

Hej, hej, hej sokoły

Omijajcie góry, lasy, doły

Nie mijajcie Koszalina

Bo tu Bractwo jest! jest! jest!

Bo tu Bractwo jest! jest! jest!

 

 

 

 

NIE TYLKO WIERSZEM, CZYLI FELIETON TEMATYCZNY ROMKA D.

      

Deklaracji noworocznych moc

         No i nastało „nowe”! Dwa tysiące dwanaście mu na imię. Szczęśliwcami mogą się poczuć urodzeni dwudziestego dziewiątego dnia lutego. Mogą świętować swoje poczęcie, bo w tym roku - rok o jeden dzień dłuższy. A poza tym? Po staremu – można by rzec. Człowiek tak czeka i czeka na ten Nowy Rok, bo ten „stary” już mu się uprzykrzył. Bo nie udało się dotrzymać wielu obietnic. –„Bo ten Stary Rok, to taki jakiś deszczowy był”  - narzekali co niektórzy. –„Za bardzo słoneczny” – i takie opinie dało się słyszeć. Dlatego też, na ten Nowy Rok z takim utęsknieniem się czeka.

         I przyznać trzeba, że wymagania względem niego, prawie każdy z nas ma raczej wygórowane. I bardzo dobrze! Bo wymagać trzeba! Bo inaczej, to będzie tak jak w Starym Roku i znowuż nie uda nam się schudnąć. Znowuż nie uda nam się rzucić palenia. I będziemy popalać ukradkiem, chowając się przed świadkami naszych deklaracji, że już nigdy w życiu ani jednego zaciągnięcia się papierosowym dymkiem. Tylko tak po prawdzie, to sam fakt nastania Nowego Roku raczej żadnej rewolucji w naszym życiu on nie czyni. Jedynym pewnikiem jest jedynie to, że naszej metryce możemy dopiąć kolejny rok.

         A co z wymaganiami względem tego „nowego”, co niby nastał? Owszem! Jak najbardziej! Te wszystkie deklaracje, przyrzeczenia, obietnice, zapewnienia, że będziemy lepsi, że będziemy się bardziej starać, że będziemy bardziej kochać, że tego to już nigdy, a tamtego to w ogóle, a z tym to zawsze, a bez tego to wcale… Tak więc, te wszystkie deklaracje mogą mieć sens, ale pod warunkiem, że  wprowadzimy je w życie. Nic prostszego! Zamiast gadać i gadać, obiecywać i obiecywać, zarzekać się i narzekać – trzeba po prostu zacząć działać. Jakie to genialnie proste – prawda!

         Ja na ten przykład, obiecałem sobie, że w swoich felietonach już nie będę się przemądrzał. I co? Za rok znowu spróbuję…

    

 

 

PS  W następnych wpisach będzie już poezja, czyli wiersze brackich poetów, którzy na wieczorku sami je recytowali. W pierwszej odsłonie były cudne wiersze bożonarodzeniowe i od nich też na blogu zaczniemy.

A zatem, kto chce jeszcze na moment cofnąć się we wspaniały klimat świąt Bożego Narodzenia, temu poprzez poezję to umożliwimy.

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Nie tylko wierszem...

niedziela, 23 października 2011 23:42

 

 

BRACKI FELIETON

ROMKA D.

 

 

 Kennedy Island

 

 

„Wyspa czasu”

         Nerwy każdy ma, a raczej komórki nerwowe. I to, w jakim są one stanie, decyduje często o naszym nastawieniu do życia, do ludzi, do wszystkiego, co nas otacza. Dlatego warto zadbać o ich dobrą kondycję. Jednak powinno się to robić przez cały rok, a nie tylko w Dniu Odpoczynku dla Zszarganych Nerwów, który przypada 28 dnia października. Owszem, w tym święcie naszego relaksu można się nurzać do woli, ale co z tego, kiedy pozostałe dni w roku będą jednym przysłowiowym kłębkiem nerwów.

         Są takie propozycje, że aby nie dać się zwariować i zachować odrobinę zdrowego spojrzenia na świat, trzeba zadbać o codzienną tzw. „wyspę czasu” tylko dla siebie. Są trzy warunki, które na tej wyspie trzeba przestrzegać: 1/Czas na wyspie jest tylko twój. 2/Musisz na niej przebywać minimum 15 min. 3/Ma to być czas całkowicie nieproduktywny, nie przeznaczony z góry na żadne osiągnięcie lub efekt. Kiedy zaś inni będą pytać o twoją wyspę, odpowiedzieć można wzorem Krzysia w rozmowie z Kubusiem Puchatkiem: „To jest tak: kiedy się idzie, żeby to zrobić, a właśnie pytają mnie: Co będziesz robił Krzysiu? Odpowiadam: Ach, nic i wtedy idę i to właśnie robię”. Prawda, że proste to i zarazem genialne! Tyle, że w życiu nic niestety nie jest już takie proste. A dlaczego? Bo ludzie najwyraźniej lubią sobie w swoim życiu pokomplikować. Jak jest dobrze, zbyt spokojnie, to przecież sygnał do działania! do zmian! Bo ktoś może nas posądzić o stagnację, o to, że dziadziejemy, zamiast zdobywać cholera wie jakie szczyty, choćby się nawet mieszkało na terenach depresyjnych.

         Kiedyś, jak się spotykało z kimś na ulicy, to biadoliło się przeważnie o biedzie, braku pieniędzy. Teraz brak wolnego czasu jest na topie. Ktoś zapytany o to, co porabia, to wymienia ze trzy pełne etaty na których zarobkuje. Oprócz tego oczywiście jest człowiekiem nowoczesnym, więc gra w golfa, bierze prywatne lekcje tenisa ziemnego, spotyka się ze znajomymi na kręglach, często przemierza basen wzdłuż i wszerz, codziennie uprawia jogging, chodzi na wieczorki literackie naszego Bractwa itd. itp. etc. Tylko co na to jego zszargane nerwy?           

(Roman Dopieralski)

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Nie tylko wierszem, czyli...

sobota, 01 października 2011 23:50

 

 

BRACKI FELIETON

ROMKA DOPIERALSKIEGO

 

 

 

Odnośnie tegoż felietonu konieczne jest słowo wstępne. Otóż teks ów pisany był na konkretny dzień, czyli na 21 dzień września AD 2011. Odczytano go dokładnie w takiej formie, jak prezentuje się on poniżej – ze szczególnym akcentem na zawartą w nim interpunkcję.

 

 

Jak Feniks z popiołów

         „Lato już mija, a ja niczyja…” – brzmią niezbyt optymistycznie słowa pewnej piosenki. A jak jest z naszym Bractwem Literackim? No cóż, lato tylko przez dwa dni gościć jeszcze będzie (dokładnie w piątek, 23-go września, początek astronomicznej jesieni), a my dopiero rozpoczynamy literacki sezon.   I tak już od dekady – zawsze we wrześniu – niczym Feniks z popiołów odradzamy się! Po wakacyjnej przerwie, z naładowanymi akumulatorami, znowuż powracamy do naszych cyklicznych wieczorków literackich, by słowem pisanym dzielić się jak kromką chleba…

         Pięknie powiedziane – prawda… No, ale mi - poecie – przychodzi to        z taką łatwością jak innym… no, powiedzmy… opalanie. O, widzę tutaj na sali cudowne odcienie brązu. Opaleniznę u niektórych można nawet pod heban podciągnąć. A pan, co taki szary? A, od papierosów, rozumiem… Mnie niestety Matka Natura ubogo obdarzyła pod tym kątem. Ja ze swoją karnacją już po godzinie na słońcu jestem spieczony na raka, a po dwóch - sięgnąć muszę po babcine metody zaradcze, czyli po maślankę, tudzież jakieś apteczne medykamenty piankowe. No cóż, pogodzić się muszę z faktem, że nigdy nie stanę tutaj przed Wami w super złocisto-brązowej opaleniźnie. Natomiast mam to szczęście i ten zaszczyt, że mogę stać w tym oto miejscu i częstować tymi oto felietonowymi dyrdymałami. To może ja już lepiej wiersz jaki przeczytam? Od razu więc przystąpię do recytacji, bo słów zachęty raczej się nie spodziewam od tych, co już twórczość moją znają… Tytuł wiersza brzmi: „Robola rozterki letnie”:

 

 

Robola rozterki letnie

 

precz poniedziałkom

weekend jest OK

środa też kiepska

w czwartki nieco lżej

 

do pracy przecież

zrywać się trzeba

budzik terkocze

modły do nieba

 

a tu słoneczko

cudnie przypieka

szlag jasny może

trafić człowieka

 

dopiero gdzieś tak

około piątku

świat ciut jaśniejszy

bardziej w porządku

 

weekendu oto

nadchodzi już czas

tańce, swawole

zabawy po pas

 

 

         Widzę, że moja częstochowska rymowanka nie powaliła nikogo na kolana. O,o, tam widzę panią! Ale tylko na jedno kolanko pani przyklękła. Dobre i tyle… No, ale ja dopiero się rozgrzewam. Toż dopiero początek naszego literackiego sezonu. A kiedy już u niektórych te piękne opalenizny będą znikać – ja literacko dopiero będę się wznosił na wyżyny! 

 

 

PS.  A w następnym wpisie będzie druga odsłona autorecytacji brackich poetów, która odbyła się podczas wrześniowego wieczorka – z którego też pochodzi powyższy felieton.

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

"Nie tylko wierszem"...

poniedziałek, 20 czerwca 2011 18:41

 

 

…czyli

„BRACKI FELIETON

ROMKA D."


  

 

         W poprzednim wpisie było, że „Bractwo idzie na urlop”. Owszem – w odniesieniu do wieczorków. Nie będzie jedynie literackich uczt w Klubie Osiedlowym „Nasz Dom” w miesiącach: lipcu i sierpniu. Bo poeta, prozaik, czy też literat w ogóle – tak naprawdę nigdy nie idzie na urlop. Nie da rady schować pióro głęboko w szufladzie, a atrament wylać do zlewu. Potrzeba pisania dopaść może w każdej chwili i wtedy nie ma zlituj! Prawdziwy literat nie jest w stanie odmówić sobie pisania, kiedy świetny pomysł bombarduje jego wyobraźnię, a wena wprost rozsadza od środka. Tak więc, wakacje bez pisania są, ale nie dla literatów. U nich zawsze pióro w gotowości…

         I bardzo dobrze, że literaci tak mają. Dzięki temu, kiedy braccy poeci ruszą we wrześniu ponownie z wieczorkami – to w literackich treściach będzie można wybierać jak w przysłowiowych ulęgałkach!

         To jednak przyszłość, choć bliżej określona. A co zatem działo się w niedawnej przeszłości? Reportaż z wieczorka literackiego i jego szczegółowy opis już podaliśmy, teraz czas na zaprezentowanie tego, co w tym opisie przedstawiono. A że literacki wieczorek u brackich od jakiegoś już czasu zaczyna się prozą, zatem od tego zaczynamy. Oto „Nie tylko wierszem”, czyli „Bracki felieton Romka D.”…

 

 

 „Bo wszystkie dzieci nasze są”   Roman Dopieralski

Już pierwszy dzień czerwca daje powód do napisania felietonu, bo wiadomo - Międzynarodowy Dzień Dziecka. Zatem w ten dzień mi również należy się taryfa ulgowa i takową taryfę ja muszę dać. Jeśli chodzi o ten pierwszy przypadek, to ja - Roman Dopieralski, najmłodsze dziecię Heleny Dopieralskiej - uzurpuję sobie wszelkie przywileje w Dniu Dziecka. Tylko, że wyrosłem już nieco… Można rzec, że już dziadzieję pomału i nie bardzo wiem, czego żądać! Gdybym był młodszy – sprawa prosta. Paczka cukierków albo czekolada, by mnie usatysfakcjonowały. A co dzisiaj? Krem do golenia? Najnowsze żyletki „Sensor Excel” firmy „Gilette”? Od strony praktycznej to i owszem. Używam owych żylet – właściwiej byłoby powiedzieć „nożyków” - już od lat i jestem z nich zadowolony. Jednak chyba raczej – a nawet na pewno – nie chodzi tutaj o praktyczność. Wprost przeciwnie!!! Od takiego rozumowania jak najdalej, kiedy myślimy o uszczęśliwianiu swoich dzieci. I tu właśnie stykam się z tą drugą taryfą ulgową, o której na początku wspomniałem i którą to ja dać muszę. Bowiem oprócz bycia dzieckiem wobec swojej mamy Heleny, ja również mam dziecko, będąc ojcem córki Marcelinki. Już tak się wcześniej wymądrzyłem, że pewnie uznać mnie można za autorytet w sprawach uszczęśliwiania wszystkich dzieci na całym świecie w dniu Międzynarodowego Dnia Dziecka. No cóż, przynajmniej staram się wobec swojej córki, by tym prezentem nie był ten przysłowiowy krem do golenia, czy też nożyki firmy „Gilette”.  Co prawda córka nie jest jeszcze tak całkiem dorosła, ale nawet jak już kompletnie wydorośleje, na pewno nie sprezentuję jej rajstop, czy też biustonosza. Może będzie to wesołe miasteczko,  o którym ja zawsze marzyłem. Myślę, że jeżeli poprosi mnie w tym dniu o coś, co będzie wykonalne i w miarę logiczne, i rozsądne - to nie odmówię. Bo w takim dniu o swoich dzieciach pamiętać trzeba w szczególności! I nieważne, czy one jeszcze w kołysce, czy już ze skronią przyprószoną siwizną. To co ja w końcu bym chciał od matki Helenki w Dniu Dziecka? Teraz to już chyba wystarczy mi zwykła pamięć…

/Roman Dopieralski/

 

 

PS  W dalszej blogowej prezentacji tego, co na naszym literackim wieczorku się działo, kolejność ze szczegółowego opisu zachowana będzie, więc następnym razem kłaniają się wiersze krótkie. Sami przekonacie się, że choć wena brackich rozsadza, to stać ich na powściągliwość, by ją przekuć w krótki jedynie tekst.

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Koszalin ma urodziny!!!

piątek, 03 czerwca 2011 10:35

 

 

MOCNY AKCENT BRACKICH

w

„DNI KOSZALINA”

 

 

W tym roku braccy poeci intensywnie zaangażowali się w tegoroczne uczczenie „Dni Koszalina” i jego 745 lecie. Po plenerowym slamie na półdeptaku ulicy Zwycięstwa - głównej arterii miasta – nasze Bractwo niejako powtórzyło wcześniejszy wieczorek („Koszalińscy poeci miastu”) sprzed kilku dni, który odbył się w Klubie Osiedlowym „Nasz Dom”.

Niby ten sam program, ci sami wykonawcy, a jednak było inaczej! W plenerze, czyli pod tzw. chmurką – recytacja wierszy jest utrudniona. Przede wszystkim nie ma tej idealnej ciszy, jaką się ma w kameralnych zazwyczaj salkach, gdzie słowo mówione trafia do odbiorcy nie napotykając po drodze na żadne przeszkody. A w plenerze takich przeszkód jest wiele. A to przejeżdżający nieopodal samochód, ktoś nawołujący kogoś na piwo, a to dzwony kościelne, a to wiatr porywający z szumem foliową torbę, itp. dyrdymały. Zaś jak wiemy - słowo raz wypowiedziane nie powraca. Ale co tam, trzeba zbierać doświadczenia, a wieczorek w plenerze, jaki przeżyliśmy w „Dni Koszalina”, choć był dla nas swoistym poligonem zapewne wymierne korzyści w przyszłości z tego będą.

W tym miejscu warto przytoczyć wiersz Romka Dopieralskiego, który do plenerów niejako nawiązuje…

 

 

Wiersz w plenerze

 

nie ma to jak

żywot w plenerze

płynę ja sobie

w słonecznym eterze

na liściu przycupnę

o gałąź się otrę

przebiegnę po trawce

może gdzieś dotrę

 

albo wiatrem niesiony

natrafię na burzę

deszcz mnie usiecze

na kłującą nadzieję się różę

umoczony – bezdźwięcznie

wyzionę ducha

i do żadnego

nie wpłynę ucha

 

albo natrafię na ścianę

i echem wtedy odpowiem

czy to jeszcze będę ja?

czy wrażenie słuchowe?

a co mi tam!

mogę być nawet echem

obym urzekał tylko

łzą… choćby śmiechem

 

 

 

No to pociągnijmy wątek literacki Romka D., bowiem jeśli o treści plenerowego wieczorka  chodzi, to jedynie felieton był inny. W Klubie Osiedlowym „Nasz Dom” był zaprezentowany felieton o kontrowersyjnym dość tytule: „Biusty tak – mózgi nie”. Zaś na scenie ustawionej na półdeptaku ulicy Zwycięstwa (notabene Klub Osiedlowy jest przy tej samej ulicy, tylko jakieś sto numerów dalej) felieton był taki…


 

 

Koszalin jak Barcelona

            Koszalin ma urodziny. Kończy 745 lat. Piękny wiek! Gdyby tak chcieć mu odśpiewać: „Happy birthday to you, happy birthday to you. happy birthday miasto Koszalin, happy birthday tooo youuu”. Tylko wtedy zamiast mnie, powinna to zrobić jakaś seks bomba o włosach blond. Powinna jeszcze mieć taką białą zwiewną  i plisowaną sukienkę. I obowiązkowo powinna stanąć na takiej metalowej kracie. A spod tej kraty… taki strumień powietrza…

            W tym momencie muszę przerwać moją felietonową dygresyjkę, bowiem jeśli chodzi o odśpiewanie Koszalinowi jubileuszowej przyśpiewki, to mnie raczej frapuje inna rzecz. Mianowicie… Nie zaśpiewamy mu przecież: „Sto lat! sto lat!”. To mógł zaśpiewać biskup kamieński Herman von Gleichen, kiedy przemianowywał wieś Koszalin, nadając mu prawa miejskie. Tak mogli również podśpiewywać nowo lokowanemu na prawie lubeckim miastu – jego pierwsi wójtowie, osadźcy Markward i Hartmann. No to jak wobec tego ma Koszalinowi odśpiewać jubileuszówkę jego obecny włodarz? Może by tak pan Piotr zaokrąglił nieco: „Osiemset! osiemset! niech żyje, żyje nam…”. Brzmi nawet nieźle. Hm… czy pan Piotr to podchwyci… Może on woli więcej zer, więc pod tysiąc podciągnie. Ja na przykład – gdybym był prezydentem tak pięknego miasta jak Koszalin – co najmniej dwa tysiące lat bym mu życzył! Albo trzy tysiączki od razu, a co! Jak szaleć to szaleć! Taką historię bym Koszalinowi dorobił, że nawet Rzym z Romulusem byłby przy nim szczeniakiem. Bo władza, poczucie władzy, to daje taką energię, taką siłę, że… góry można przenosić! A jeszcze lepiej morza. I wtedy… ten nasz zimny Bałtyk z północy… siup na południe. No i ewentualnie te nasze morenowe wzniesienia, bym na północ wyekspediował, by się tam śnieg dłużej mógł utrzymać.

            A tak w ogóle, to Koszalin ma coś z wielkich metropolii. Jego obecna powierzchnia ma blisko 100 km kw., czyli tyle, ile Barcelona! A skoro już o Hiszpanię niechcący zahaczyłem, to może by tak dla uatrakcyjnienia przepuścić tym półdeptakiem ulicy Zwycięstwa… stadko byków, jak w Pampelunie! No, ja na tej podwyższonej scenie miałbym dobrze… Jest jeszcze jeden ciekawy hiszpański zwyczaj, w takim miasteczku w rejonie Walencji. Tylko tak się zastanawiam, czy o tym napomykać… Bo w tym przypadku - na tym podwyższeniu – byłbym celem numer jeden, gdyby i w Koszalinie takowa bitwa na pomidory się rozpętała…

 

 

PS  W następnych wpisach będzie o pewnym slamie w pewnej szkole i o pewnym konkursie literackim w pewnej bibliotece…

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Nie tylko wierszem...

sobota, 21 maja 2011 14:07

 

 

WIECZORKOWO-BRACKI

FELIETON

ROMKA DOPIERALSKIEGO

 

 

Po muzycznym przerywniku Karoliny Gustaw z klasy I liceum, która brawurowo wykonała na skrzypcach Introduction et Tarantelle, Pablo de Sarasate, przy akompaniamencie Doroty Kuryło, nauczycielki z Zespołu Państwowej Szkoły Muzycznej w Koszalinie – literackie treści rozpoczęto prozą. Romek Dopieralski na felietonowy zaczyn wziął jeden z dni okazjonalnych maja. Jego wybór padł na Dzień Matki. Być może mało jest w tym felietonie o samych matkach – jest wręcz mało tzw. matki w matce – ale sporo jest o jej pewnych atrybutach. Na tych atrybutach bowiem cały świat ssaków jest oparty. O mózgach też jest sporo. Zresztą sam już tytuł dużo wyjaśnia, a co do treści – najlepiej ją samemu przeczytać…

 

 

Biusty tak – mózgi nie

         26 – ty dzień maja zarezerwowany jest na Dzień Matki, zaś cały tydzień, czyli od 26 maja do 1 czerwca, to Tydzień Promocji Karmienia Piersią. Pewnie nie bez kozery zestawione są ze sobą te dwa tematy. Bowiem tam, gdzie niemowlaki, tam też matki z tymi dwiema nabrzmiałymi krągłościami z białym życiodajnym płynem. Nic nie jest w stanie mu dorównać! Owszem, są różnego rodzaju proszkowe substytuty, ale to tylko niedoskonałe zamienniki niegodne konkurować z tym, w co natura obdarzyła kobiece piersi.

         No tak, wychodzi ze mnie typowy przedstawiciel homo sapiens, któremu się wydaje, że jest pępkiem świata. My zaś wcale nie jesteśmy jedynymi ssakami, które zamieszkują planetę Ziemia. Jedynie mózgi nasze są bardziej rozwinięte i zapewne stąd takie właśnie mamy o sobie mniemanie. W świecie innych ssaków nie ma żadnych mlecznych zamienników, nie ma butelek, smoczków, pampersów. Tam życie jest brutalniejsze. Jest to tak zwane prawo dżungli, gdzie mocniejszy wygrywa. U ludzi nawet najsłabsza jednostka może funkcjonować. I trudno się temu dziwić. Mając takie możliwości medyczne trudno przecież stać z boku i czekać na cud.

         Ludzie natomiast mając takie super mózgi unicestwiają się w inny sposób, by nie powiedzieć – typowo ludzki sposób. W wykonaniu masowym, są to różne wymyślne wojny. Jednostkowo też potrafią pozbawiać się życia, ot tak po prostu, bo ktoś się komuś nie spodobał.

         Inne zaś zwierzęta, nie mając tak „mądrego” mózgu jak człowiek, pozbawiają się życia wyłącznie dla podtrzymania swojego gatunku. Silniejszy zjada słabszego i nic na zapas. A u ludzi? W jednych rejonach umiera się z przejedzenia, a w innych z głodu.

         Czyżby ta nadmierna pazerność i zachłanność brała się z nadmiernie rozwiniętego mózgu? Jednak w kwestii piersi, to wszystko poszło w dobrym kierunku i te ludzkie krągłości są najlepsze na świecie! (RD)

 

 

PS Następnym razem będzie poezja!

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Wieczorkowy felieton Romka D...

środa, 04 maja 2011 23:43

 

 

NIE TYLKO WIERSZEM

czyli

BRACKI FELIETON

 

 

 

(Sprawca felietonu - Romek D. - z córką Marcelinką, niegdyś również bracką poetką)

 

Wychodząc z założenia, że nie samą poezją człowiek żyje, już od iks czasu stałą pozycją – niejako rozpoczynającą wieczorkową ucztę – jest prozy ciut. A ten „ciutek”, to tzw. felieton tematyczny. Pod nazwą „tematyczny” należy rozumieć, że dotyczy on tematu jakby wieczorowego, ewentualnie tematu wynikającego z danego miesiąca. Podczas kwietniowego wieczorka był to jeden z dni okazjonalnych, a konkretnie – Dzień Pamięci Holocaustu, przypadający każdego 16-go dnia kwietnia. Można by powiedzieć, że pod tą szerokością geograficzną temat raczej delikatny i drażliwy. Jednak dla Brackich nie ma rzeczy niemożliwych, wstydliwych i tabu. Wobec powyższego - oto poniższy felieton…

 

 

OBAWY GOJA

            Co dwa lata młodzi Żydzi biorą udział w Marszu Żywych. Wyruszają w milczeniu spod bramy w Oświęcimiu i idą do ruin krematorium w Brzezince. Tam dołączają do nich młodzi ludzie innych narodowości. Dzieje się tak zawsze 16-go dnia kwietnia, który jest Dniem Pamięci Holocaustu. Słowo „holocaust” oznacza zagładę, całkowite zniszczenie. Prześladowania i zagłada Żydów europejskich przez hitlerowców w czasie II wojny światowej spowodowały, że to słowo kojarzone jest niemal wyłącznie z Żydami. To w Warszawie przecież powstało miasto w mieście, czyli getto, w którym mordowano ich masowo na skalę dotąd nieznaną. Po prostu Hitler nie uważał ich za istoty ludzkie.

            Żydami nazywano pierwotnie członków plemienia Judy, jednego z dwunastu plemion izraelskich. Współcześnie Żydami są zarówno wyznawcy judaizmu, jak i członkowie wywodzący się z Judei i rozproszonej po całym świecie grupy etniczno-kulturowej, historycznie ukształtowanej na gruncie wspólnoty religii, tradycji, kultury i obyczajów. Judaizm jest ich religią, wymagającą od nich wiernego przestrzegania żydowskich reguł życia, głównie obrzezania, szabatu i przepisów pokarmowych.

            Owszem, ortodoksyjni Żydzi mogą europejczykowi wydawać się dziwni w wyglądzie i zachowaniu, ale tolerancję stosuje się wobec wszystkich, a nie wybiórczo, czyli tak jak postąpiła Polska w latach 60-tych, odsyłając do Izraela tych, których nie wytępił Hitler. A przecież żyli w wolnym niby kraju. W kraju bez uprzedzeń rasowych z katolickim nastawieniem, by nie krzywdzić drugiego człowieka. Widocznie w ludziach odzywają się co jakiś czas pierwotne instynkty, których religie całego świata nie są w stanie złagodzić.

            Pewien Żyd galicyjski mawiał: -„Od czasu do czasu odwiedzam lekarza – doktor też musi żyć! Następnie z receptą udaję się do apteki – pigularz też musi żyć! Potem wylewam lekarstwo do rynsztoka – ja też muszę żyć!”. Morał z tego nasuwa się taki, że być może właśnie ta żydowska mądrość powodowała do nich niechęć – bojaźń goja przed rywalem z żydowskim sprytem…

(Roman Dopieralski)

 

 

PS  Za niedługi czas następna porcja autorecytacji wierszy brackich poetów z ich wieczorkowej edycji. A będzie o tragedii smoleńskiej!

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Nie tylko wierszem, czyli...

środa, 23 marca 2011 21:54

 

 

BRACKI FELIETON

ROMKA DOPIERALSKIEGO

 

 

   Roman Dopieralski   

 

ELIKSIR ŻYCIA

Woda jest najbardziej rozpowszechnionym związkiem chemicznym w przyrodzie i znajduje się w stałym obiegu. Bez wody wszelkie życie nie ma szans na egzystencję, bowiem w żywej komórce musi jej być od 75-ciu do 85-ciu procent. Niestety, wskutek nieracjonalnej gospodarki wodnej, jej zasoby kurczą się coraz bardziej. Dlatego też, podczas tzw. Szczytu Ziemi – konferencji w Rio de Janeiro – po raz pierwszy zaczęto mówić o globalnym kryzysie wodnym. Było to w 1992 roku i tam - przez zgromadzenie Ogólne Narodów Zjednoczonych - ustanowiono 22-gi dzień marca Światowym Dniem Wody.

Czy my dbamy o H2O, czyli tlenek wodoru? Czy ja dbam o tą bezbarwną substancję, w grubych warstwach niebieskawą, która jest bez smaku i zapachu? Chyba tak. Myję się raczej bez przesady, czyli w miarę potrzeby. Przy goleniu woda z kranu ciurkiem mi nie leci. Przy myciu naczyń podobnie. Tak więc, nawet producentem ścieków też jestem marnym. A robię tak od momentu, kiedy uświadomiłem sobie, że nasza planeta Ziemia w znacznej mierze zalana jest wodami mórz i oceanów, które są niestety słone! Zaś człowiekowi potrzebna jest do życia woda słodka, pochodząca z jezior, rzek, strumieni i z wód podziemnych. Nie dość, że jest jej tylko trzy procent, bo pozostałe dziewięćdziesiąt siedem procent są to wody słone, to jeszcze ponad połowa tkwi w lodowcach, czyli w stanie stałym. Woda występuje również w stanie gazowym jako para wodna. Jednak nie bez kozery mówi się czasem, iż cała para poszła w gwizdek. Zatem dopóki jakiś tam obłoczek się nie skropli i nie spadnie na ziemię w postaci deszczyku – żadna z niego korzyść.

Ja nawet do picia mało wody zużywam. Nie, żebym sobie żałował, ale kiedy porównuję się do drzewa to wychodzi, że ono dziennie może wysiorbać od 200 do 400 litrów. To może by tak ściąć kilka dorodnych dębów na przykład. Z tego nadmiaru wody, której już ścięte drzewa nie spiją – będziemy mieć nielichy zapasik? Nie tędy droga jednak! Drzewo bierze, ale i daje. Na przykład konsumuje toksyny zawarte w powietrzu, a w zamian ofiarowuje życiodajny tlen. A co daje w zamian człowiek? Wstyd się przyznać, ale niemal wyłącznie… ścieki.

 

    

 

PS  Już w następnym wpisie będą wiersze brackich poetów

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Życzenia plus felieton...

sobota, 22 stycznia 2011 18:52

 

 

DLA

WSZYSTKICH

BABĆ i DZIADKÓW

  

@)-->-->-- serce@)-->-->--serce@)-->-->--serce@)-->-->--

WSZYSTKIM BABCIOM i DZIADKOM

w DNIU ich ŚWIĄT

SAMYCH

CUDOWNYCH

WNUCZEK I WNUKÓW !!!

@)-->-->--:-]@)-->-->--0:-)@)-->-->--:-)@)-->-->-- 

 

Na naszych wieczorkach literackich staramy się naszymi tekstami dotykać również tego, co w danym miesiącu się wydarza. Nie inaczej było na styczniowym wieczorku, kiedy Braccy poeci recytowali wiersze o niedawno zmarłym aktorze, Krzysztofie Kolbergerze - wielkim miłośniku poezji i słowa pisanego w ogóle. W prozie też aktualny temat został tknięty. W comiesięcznym cyklu – „ Nie tylko wierszem, czyli felieton bracki” – proza Romka Dopieralskiego poświęcona została właśnie owym tytułowym w dzisiejszym wpisie babciom i dziadkom.

 

 

Nie tylko wierszem…

czyli felieton bracki Romka D.

 


 

RODZICE NASZYCH RODZICÓW

Dwudziesty pierwszy dzień stycznia to oczywiście Dzień Babci. Zaś 22 dzień stycznia zarezerwowany jest dla dziadków. Taka babcia, czy też dziadek jest jak sporych rozmiarów instytucja! To przeważnie czyjaś żona, czy też mąż, matka – ojciec, niekiedy córka – syn, teściowa (brrrr) – teść, synowa – zięć, jak również ciotka – wujek, stryjenka – stryjek, tudzież siostra – brat, szwagierka – szwagier, bratowa, bratanek, siostrzeniec itp., itd., etc. Jednak rola babci bądź dziadka jest chyba tą najbardziej wdzięczną rolą. Potężne zasoby miłości w babciach i dziadkach drzemiące, przelewane są więc na trzpiotne zazwyczaj wnusie i wnuki. A skąd w nich takie zasoby? Może niewystarczająco dużo przelewało się na swoje dzieci, stąd ta nadwyżka. Rodzice wnucząt, czyli dzieci tychże babć i dziadków, niejednokrotnie przecierają oczy patrząc na super relacje osób, które dzieli różnica dwóch przecież pokoleń. Babcie i dziadkowie swoim wnuczętom pozwalają przeważnie na wszystko to, czego wcześniej zabraniali własnym dzieciom. Czym to jest uwarunkowane? Jak to wytłumaczyć? Może decyduje w tym przypadku mądrość życiowa, której nabiera się z wiekiem. Choć też  i takie teorie krążą, że człowiek ucząc się całe życie i tak głupim umiera. A może na starość się dziecinnieje? I wtedy jakby zanika ta bariera wiekowa dzieląca dziadków i wnuczęta? Jakich by teorii jednak nie snuć, jakich by nie prowadzić wywodów – instytucja babci i dziadka wielką jest i basta!!!

Na swoim przykładzie mogę stwierdzić, że choć mojej babci już od dawna nie ma wśród nas, to czułego dotyku jej rąk, kiedy głaszcząc mnie po głowie śpiewała mi kołysanki – nie zapomnę nigdy. I choć o słodycze nie było kiedyś tak łatwo – ona zawsze miała dla mnie coś w zanadrzu. Ubierała się na poły folklorystycznie, więc w haftowanym fartuszku skrywała te słodkości. Zaś widok pochylonej nad niecką babci, ugniatającej ciasto na zacierki, na tle okna w promieniach wschodzącego słońca, kiedy rankiem się budziłem – na zawsze w sercu zachowam…

 

 

PS  W następnym wpisie będą już wieczorkowe wiersze, jakie Braccy poeci zaprezentowali w swoich autorecytacjach. Utwory są prześlicznej urody – zatem koniecznie zajrzyjcie na naszego bloga już niebawem.

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Nie tylko wierszem...

wtorek, 02 listopada 2010 12:56

 

 

WIECZORKOWY FELIETON

ROMKA D.

 

 

 Wszyscy duzi i mali

Światowy Tydzień Zwierząt zaczyna się 4 i trwa do 10 października. Ta data jest związana z rocznicą śmierci (3 października) św. Franciszka z Asyżu, uznawanego przez Kościoły chrześcijańskie za patrona zwierząt. Ponadto październik ogłoszony jest Międzynarodowym Miesiącem Dobroci dla Zwierząt.

Co do św. Franciszka z Asyżu to był on niesamowitym wprost miłośnikiem zwierząt. Wszelkie żyjątka stąpające po tym ziemskim padole, latające w powietrzu, pływające w zbiornikach wodnych, czy też żyjące pod ziemią - Franek nazywał „naszymi braćmi mniejszymi". Oczywiście nasz Franciszek operował przenośnią. Bowiem taki na przykład brat słoń jest gabarytowo znacznie większy i cięższy od nas. A siostra żyrafa, która kręgów szyjnych ma tyle co my, to gdzież nam równać się z nią w długości owej części ciała. Kto więc tutaj jest „braciszkiem mniejszym"? Owszem mrówka, pchła, roztocza widzą w nas giganta. Natomiast dla nosorożca już jesteśmy tyci tyci. Brata mniejszego widziałby w nas również dinozaur, gdyby go tylko era lodowcowa nie wykończyła, albo mamut, którego my z kolei wykończyliśmy. Ale już większość zwierząt udomowionych jest naszymi braćmi mniejszymi i to dosłownie, np. brat pies, siostra kura, czy też brat kot, choć on i tak swoimi chadza ścieżkami. Inaczej rzecz się ma wśród zwierząt służących nam pomocą w pracy. Jednak ci duzi bracia są na wymarciu. Woła skutecznie wyeliminował koń, zaś koń przegrywa w konfrontacji z traktorem, który do naszego bractwa przecież nie należy. Wobec takiej sytuacji koń począł się przekwalifikowywać. Zamiast orać ściga się teraz po Służewcu albo bierze udział w licznych hipoterapiach. Można by powiedzieć, że koń prosto z pola trafił na salony. Jednym słowem naszym dużym i małym braciom różnie się wiedzie. Nawet nasz król lew raz jest na przysłowiowym wozie, a raz pod nim, kiedy dogorywa gdzieś w zapyziałych zoologiczno-cyrkowych klimatach. Zatem bracia duzi, czy też mali - szanujmy się nawzajem i to nie tylko w październiku.

(Roman Dopieralski)

 

 

PS  W następnym materiale będą wieczorkowe wiersze Brackich poetów.

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Wieczorkowy felieton...

piątek, 24 września 2010 22:24

 

 

NIE TYLKO WIERSZEM

CZYLI...

 

...felieton tematyczny Romka Dopieralskiego. Tak zaczął się wrześniowy wieczorek literacki, by później w całości wejść w wierszowane klimaty. W kolejnych blogowych wpisach będzie przedstawiony wieczorek zgodny z wcześniej zaprezentowanym opisem szczegółowym tego, co też na nim się wydarzyło. A działo się, że ho ho!!!

Prozą zatem zaczynamy i życzymy miłej lektury. Zaś za miesiąc znowuż nadarzy się okazja, by wieczorkowe treści posłyszeć na własne uszy...

 

 

 

GDZIE DIABEŁ NIE MOŻE...

 

My, poeci i prozaicy, ze Stowarzyszenia Krajowe Bractwo Literackie z Koszalina - wakacje przepracowaliśmy intensywnie. Byliśmy niemal wszędzie i takowe stwierdzenie nie jest wcale demagogią. O nas można wręcz powiedzieć, że tam, gdzie diabeł nie mógł, to posłał któregoś z naszych poetów. Zapełnialiśmy więc sobą wszelkie plaże, jeziora, rzeki. Krainy górzyste, równinne i nawet depresje. Na przykład nasza Kanclerz, Beata - ta od Piochów - to przez połowę wakacji w samiućkich Tatrach zamieszkiwała kole Oka Morskiego. A co, stać ją przecież! Jeśli chodzi o długość urlopu oczywiście, bo pedagogiczne zasila ciało w jednej z koszalińskich szkół. Ona by tam i dwa miesiące se po górach brykała, ino wiecie przecież, że za dużo to nauczyciele nie zarabiają. A światowy kryzys nawet tatrzańskich dotknął turystów i już tak za dużo monet do Morskiego Oka nie wrzucają, co by se można później nimi nauczycielski budżet podreperować...

Ale wróćmy do meritum sprawy, czyli do tej pracowitości naszych poetów w okresie lata i do tego ich wszędobylstwa. A jak myślicie, dlaczego wszędzie było nas pełno? No przecież to oczywiste, że łapaliśmy tematy do pisania wierszy. Przecież taki poeta, jak się nie poszlaja po obcych landach, to niby skąd ma później pomysły czerpać na literackie hiciory? Z rękawa za dużo wytrzepać się nie da! I właśnie te wszelakie wyprawy - nazwijmy je roboczo „zdobywaniem wiedzy" - miały już ujście na naszych pierwszych powakacyjnych warsztatach, w tym nowym literackim sezonie. Ich temat brzmiał: „Piękna Polska słowem malowana". Chodziło o to, by każdy stworzył lirykę opisową miejsca, które najbardziej go urzekło podczas wakacyjnych wojaży. I jak myślicie, co na to nasi poeci-obieżyświaty? Ano był problem! Autentyczny problem... bo mało kto te wakacje spędził w kraju! Ot czasy! Kiedyś wyczynem było za granicę własnego województwa wyjechać! No, ale jak przystało na zawodowców - i do tego światowców! - problem szybko rozwiązano. Nawet z nawiązką! Wierszy stworzono tyle, że na trzy części starczyło!!!

 

 

PS  W następnym materiale będą wiersze z I części wrześniowego wieczorka, czyli liryka opisowa na temat „Piękna Polska słowem malowana".

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Nie tylko wierszem, czyli felieton Romka Dopieralskiego...

sobota, 26 czerwca 2010 12:28




 Roman Dopieralski

 

CAŁUŚNY DZIONEK

(felieton wieczorkowy)

 

Któż z nas się nie całował albo przynajmniej nie był całowany. Człowiek jest istotą stadną, więc raczej trudno kogoś takiego byłoby znaleźć. Tym bardziej, że teraz nawet jest Światowy Dzień Pocałunku przypadający szóstego dnia czerwca. Zatem pozwolę sobie ten temat nieco rozwinąć. Proszę się nie obawiać - będę wyłącznie teoretyzować...

Pocałować można serdecznie, namiętnie, oschle, po ojcowsku, po siostrzanemu, ze czcią, czy też z macierzyńską czułością. Całujemy dzieci na dobranoc, mężów na do widzenia, kochanków na dzień dobry. Pocałować można również klamkę, kiedy nie zastanie się nikogo w domu (nie polecam robić tego na mrozie, bo zostaniemy w takiej pozycji do wiosennych roztopów). Całowanie występuje również w różnego rodzaju porzekadłach. Jeżeli na przykład chcemy coś wyrazić, że my bardzo chętnie, wręcz skwapliwie, to jest na to krótkie określenie - „z pocałowaniem ręki". A kiedy chcemy, żeby ktoś dał nam święty spokój i czepił się np. tramwaja, to takiego też można krótko - „całuj psa w nos!" (oczywiście z mocnym wykrzyknikiem na końcu). No właśnie, a gdzie oprócz psiego nosa można całować. Możliwości są raczej nieograniczone, ale zazwyczaj w rękę, w usta, w czoło itd. Kiedyś w rękę całowało się nawet swego ojca, by oddać mu należną cześć. Teraz rzadko która kobieta chce być w to miejsce całowana. Tak zwany „cmok nonsens" przechodzi do lamusa. Znam też takie przysłowie, które mówi, że „Pocałunek jest to zapytanie się górnego piętra, czy dolne jest do zajęcia". Zauważyłem ostatnio, że u mężczyzn przybywa do całowania tzw. górnego piętra. Te wysokie czoła, te zakola aż po kark. Można więc takiego pana - owłosionego inaczej - zamiast w rękę cmoknął w czaszkę. Jakaś równowaga przecież zachowana być musi. Choć niektórzy chcąc to tuszować, nawet własny łuk brwiowy są gotowi zaczesywać na tył głowy.

A w jakiej formie można serwować pocałunki? Można je składać, oddawać, wyciskać. Można nimi kogoś okryć, obsypać, obdarować. Można je przesyłać ręką albo korespondencyjnie na walentynkowych kartach. A co z takim, co to kiedyś całował niczym z dubeltówki, a teraz zaprzestał? Można załatwić go przysłowiem: „Całowałeś nieraz, całuj i teraz!" . Oby tylko nie było tak, jak w kolejnym przysłowiu, co to „W twarz całuje, a z tyłu sztylet pakuje". Przeciwnicy całusów też mają swoje rymowane mądrości: „Z całowania - ni miłości, ni kochania". Zaś zwolennicy kontrują: „Nie masz kochania bez całowania!".

Oby tylko i mnie nie potraktowano jakimś przysłowiem, kiedy ów felieton nie przypadnie do gustu. I będę musiał wtedy np. „cmoknąć się przez lewe ramię w prawy półdupek"...

(RD)

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Nie tylko wierszem...

czwartek, 27 maja 2010 23:57




WIECZORKOWY FELIETON

ROMKA DOPIERALSKIEGO

 

 

Zamienić litość na szacunek

 

Piątego dnia maja obchodzimy Europejski Dzień Protestu Przeciw Dyskryminacji Osób Niepełnosprawnych. Aż wierzyć się nie chce, że w Polsce żyje około cztery i pół miliona takich osób. Tak więc, co dziewiąty Polak ma utrwalone wady fizyczne bądź psychiczne. Dziwi zatem fakt, że tak potężną rzeszę ludzi czasami nie zauważa się, pomijając ich potrzeby, a niekiedy istnienie w ogóle.

         Nie oszukujmy się, aby funkcjonować w codziennym życiu, osoba niepełnosprawna musi włożyć więcej wysiłku od człowieka zdrowego, który po przebudzeniu przetrze oczy i jest gotowy do działania. Takiej osobie nie jest łatwo w świecie, gdzie o sukcesie bardzo często decydują mocne łokcie i całkowite poświęcenie się danej sprawie. A nie zapominajmy, są schorzenia wymagające ciągłego zabiegania o to, żeby jako tako funkcjonować. I już na pewno nie wierzę w to, że o swojej niepełnosprawności można zapomnieć. Wyeliminowanie jej z pamięci poprzez pracę, nadmiar zajęć. A co z podświadomością? Owszem, z godnością należy zmierzać się ze swoimi słabościami, ale jeżeli komuś to nie wychodzi, nie dyskryminujmy go, nie oceniajmy zbyt pochopnie. Wyciągnijmy do niego rękę, a litość koniecznie zamieńmy na szacunek.

         Być może zbyt wyostrzam sprawę ludzi niepełnosprawnych, wdaję się w demagogię, ale jestem przekonany, że o takich sprawach trzeba mówić dosadnie i bez ogródek. Zmowa milczenia, która jeszcze do niedawna pokutowała w tym temacie, była bowiem ciosem najbardziej nokautującym ludzi już obitych przez los. Nie da się ukryć, że coś drgnęło. Ludzie całymi latami odizolowani od społeczeństwa, teraz złapali wiatr w żagle. Na każdym kroku widać znikające bariery architektoniczne, utrudniające integrację w sposób szczególny. Zatem do boju - sprawni inaczej!

(RD)


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Wieczorkowa proza...

piątek, 02 kwietnia 2010 23:49

 

NIE TYLKO WIERSZEM"

czyli

felieton Romka Dopieralskiego

 

 

ZGRABNE WITAMINKI

„Baby, ach te baby, można by garściami brać..." śpiewali Rysiek Rynkowski, ten od dziewczyn, które lubią brąz i śp. Andrzej Zaucha, który w jednej z piosenek namawiał, aby bawić się lalkami. Nie analizowałem tego tekstu, ale jakoś nie jestem przekonany, czy chodzi w nim wyłącznie o najzwyklejsze laleczki dla dzieci... Znany Gary, czyli Jerzy Połomski, to zarzuca dziewczynom brak jasności w wyrażaniu poglądów: „Bo z dziewczynami nigdy nie wie, oj nie wie się. Czy dobrze jest, czy może jest, może jest już źle...". Inaczej postrzegał płeć piękną słynny chłopiec z Sosnowca. Kiepura nie patrzył na wiek, rasę, kolor skóry. Jak leci, wszystkie by obcałowywał: „Brunetki, blondynki, ja wszystkie was dziewczynki, całować chcę...". Jeszcze dalej posuwa się w temacie Norbi, twierdząc, że: „Dziewczyny są gorące, aha, aha, aha...". Zaś niejaki Zbyszek Wodecki imputuje nam miłość do owadów: „Wszyscy Maję znają i kochają...". Natomiast Paweł Kukiz upatrzył sobie jedną, konkretną: „O Hela, twoje ciało mnie onieśmiela...". Podobnie rzecz się ma u Czerwonych Gitar: „Anna Maria smutną ma twarz...". A o nieodgadnionych kobietach marzył Bogusław Mec: „Naprawdę - jaka jesteś, nie wie nikt..." Ale już Roberta Gawlińskiego, to w ilości trudno raczej przebić. On stwierdza, że Ania ma styl, Zośka coś co lubi, Ela całuje cudnie, z Kaśką by konie kradł, Agnieszka zdradzała go, Ewelina zimna jak lód, Izie by dał wszystko, jedynie Monika jest okey. No a Baśka? -„Baśka miała ładny biust...". Jednak nie ma to jak gust rezolutnego Andrzeja Rosiewicza. Dla niego liczy się tylko jedna nacja. Bo chyba trzeba być ślepym, głuchym, nie mieć smaku, węchu i dotyku, i przede wszystkim - właśnie gustu, żeby nie wiedzieć iż: „Najwięcej witaminy mają polskie dziewczyny. I to jest prawda, to jest fakt..."

 

 

PS  Felieton najwyraźniej się podobał. Publiczność wciągnięta do współudziału w jego prezentacji, odśpiewywała nie tylko wersy inicjujące dany utwór, ale jeszcze dokładała co nieco od siebie. Jednym słowem było wesoło. W końcu taki był zamysł autora felietonu.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Zacznijmy od felietonu...

piątek, 29 stycznia 2010 19:52

 

 

BRACKI FELIETON

 

 

W ostatnim blogowym wpisie ( w postscriptum) była mowa, że następnym razem zaprezentowany będzie reportaż z literackiego wieczorka. Niestety, choroba brackiego reportażysty spowodowała małe perturbacje w kolejności podawania powieczorkowych materiałów. Zacznijmy zatem od brackiego felietonu...

 

 

NASTAŁO NOWE

No i nastał Nowy Rok! Jeszcze niedawno był „stary", który wydawał nam się taki zapyziały i trącający myszką. Ten „nowy" oczywiście radośniejszy, dzięki czemu i my jakby z większą werwą teraz.

Sam zauważyłem, że jak przekraczaliście progi Klubu Garnizonowego, idąc tu do nas, to tak bardziej sprężyście. No i teraz też tak jakoś uważniej słuchacie, z takim błyskiem w oku !

A Stary Rok, no cóż - najwyraźniej się sfatygował. Z każdym dniem zatracał na swojej atrakcyjności. Owszem, starał się, parł do przodu i co? I guzik z tego! Przybywało mu tylko dni, potem tygodni, miesięcy i kwartałów. Do półrocza jeszcze było znośnie, ale im bliżej końca, tym bardziej „stary" nam powszedniał. I tak oto zaczęły się marzenia o „nowym". Bo „nowy", to „nowy"! Najlepiej z „nowym" przecież wiązać nadzieje - „stary" czym prędzej w kąt rzucając. W tym jednak przypadku każdy Stary Rok jest w o tyle dobrej sytuacji, że nie można pozbyć się go ot tak, po prostu. W materii czasu to „stary" decyduje o swoim kresie. To on trzyma nas w ryzach przed nastaniem „nowego".

I być może ta właśnie świadomość, że na upływający czas wpływu nie mamy, powoduje naszą niechęć do „starego". Zaś im bardziej stajemy się starsi, tym jeszcze bardziej tego „starego" nie lubimy. A przecież, kiedy owy „stary" był „nowym", jak ten teraz - na jego powitanie też wiwatów nie żałowaliśmy. Obietnic, że będziemy lepsi i tych przeróżnych postanowień, też wcale mniej nie było. Tyle tych mikstur w siebie wlaliśmy... i co?

Widocznie w miarę upływu „nowego", w miarę naszego jakby trzeźwienia, zaczynamy sobie zdawać sprawę, że to wszystko nie tak, jak być powinno, że znowu coś się nie udało, czegoś nie zdobyliśmy. Trzeba więc koniecznie znaleźć winnego swoich porażek i niedotrzymanych obietnic! A że coraz bardziej ten starzejący się Rok jest zawsze pod ręką, więc to on zazwyczaj całą winą zostaje obarczony. Ciekawe, jaki teraz będzie ten nasz „nowy"?

Roman Dopieralski


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Wieczorkowa proza...

środa, 30 grudnia 2009 14:59



Felieton jest już od kilku lat stałą pozycją naszych wieczorków. Od niego owe literackie uczty się zaczynają. Nie inaczej było i na tym przedświątecznym wieczorku. Z jedną jedynie zmianą, że został on poprzedzony kolędą. Ogólnie kolęd było sporo. Zaś w wykonaniu dziewczyn z koszalińskiej Szkoły Muzycznej, brzmiały wyjątkowo pięknie. Zaczęła Michasia Olszewska ("Bóg się rodzi" i "Gdy śliczna Panna Syna kołysała"). Potem przekazała kolędową pałeczkę Dominice Adamskiej ("Mizerna cicha"). Następną piękną kolędą uraczyła nas Matylda Błąkała ("Cicha noc"). A na koniec odśpiewały już wspólnym głosem ("Dzisiaj w Betlejem").



W INTERESIE GOŚCI
(felieton)

 
Pisanie tego felietonu strasznie mi nie szło. Gdyby były mistrzostwa w pisaniu felietonów, byłbym championem w nieiściu. No, ale jakoś wziąłem się w karby - w końcu na każdym wieczorku czytam swoje prozowe dokonania -  no i napisałem. A co mnie zainspirowało?

Kilka dni temu spojrzałem w okno, a tam - ku mojemu zaskoczeniu i przede wszystkim służb porządkowo-drogowych - biało! Kompletnie biało! W pierwszym momencie ucieszyłem się. -„Dziecko kocha śnieg, pójdę z nim na sanki" - pomyślałem. -„No tak, a co ze służbami porządkowymi naszych dróg? - to była moja druga myśl. Przecież tych biedaków wciąż ta zima zaskakuje, a potem media wyśmiewają się z nich, że drogi znowu nieprzejezdne, a oni sami jakoby w zimowy sen zapadli. Ja bym też na ich miejscu jakiś barłóg sobie znalazł i przeczekał w nim do odwilży. Bo kto to widział, żeby tyle dróg samochodom budować! A to drogi krajowe, a to drogi szybkiego ruchu, a niedługo może nawet i autostrady z prawdziwego zdarzenia. Bo Polak honor swój ma i od Ukraińca gorszy być nie chce jak się Europa do nas zwali za niespełna trzy lata. No i odśnieżaj to później! A co odśnieżysz - za plecami na nowo dosypuje. Po prostu robota Syzyfa, a w dodatku zimno na dworze. Psa żal wypędzić, a co dopiero tych biedaków z pługami i łopatami do odśnieżania. Poza tym każdy śnieg ma to do siebie, że w końcu ulega samoistnemu stopnieniu...

Kolejna myśl, jaka mnie dopadła, kiedy tak lampiłem się na te ciężkie warunki pogodowe za oknem - to byliście Wy! Tak, Wy, moi mili! No bo drogowców już usprawiedliwiłem, na drogi wyjeżdżać nie muszą. No, a na naszą literacką ucztę jakoś dobrnąć trzeba. Bo jak to...wieczorek bez czytelnika to jak wierzba bez płaczu... Dlatego podziwiam Was! Przybyliście tutaj w taki ziąb... Mam jedynie nadzieję, że nuda u nas nie zagości i będziecie się dobrze bawić. No, ostatecznie leży to w Waszym interesie.

Roman Dopieralski



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Wieczorkowa proza...

sobota, 05 grudnia 2009 23:28

 

„Listopadem malowane"

(bracki felieton)

 

Listopadem malowane... Piękny tytuł... Piękny zarówno od strony poetyckiej, jak i prozatorskiej. W wierszu, kiedy o malowaniu mowa, to wiadomo, że chodzi o przenośnię, bo nikt przecież nie weźmie pędzla do rąk i nie pokryje farbą tych wszystkich liści w przebogatą paletę żółtego i brązowego koloru. Zaś w prozie, kiedy raczej konkret jest zalecany, możemy więc z czystym sumieniem obmalować, czyli mówiąc dosadniej - obsmarować - owy właśnie listopad.

Bo czymże tu się zachwycać, kiedy dzień staje się coraz krótszy. I to nie tylko z powodów astronomicznych, gdyż państwowym to dekretem przestawić trzeba było zegarki, odbierając listopadowym popołudniom godzinkę słonecznego światła. To w listopadzie krążą nad naszymi głowami niespokojne chmary ptaków, podrywając także nasze myśli do marzeń o odlocie w jaśniejsze strony... Tak swoją drogą... dziwne są te ptaki, które zostają u nas na zimę. Człowiek pewnie lepszy by zrobił użytek z tychże ptasich skrzydeł. Biorąc namiar na cieplejsze klimaty, schładzał by się teraz zimnym napojem w cieniu jakiejś kokosowej palmy, albo oparty o Sfinksa, wygrzewał pod egipskim niebem...

Kiedy wsłuchać się w rodaków rozmowy na tematy pogodowo-kalendarzowe, rozmówców można podzielić na dwie grupy. Pierwsza to ci, dla których listopad nie jest tym najbardziej ponurym miesiącem w roku. Nastrój napędza im oczekiwanie na grudzień, a grudzień to wiadomo - Mikołajki, Gwiazdka, Święta z choinką, rodziną, no i oczywiście prezenty od Świętego Mikołaja, który aż z odległej Skandynawii się do nas fatyguje. Tak więc, żyjąc przyjemnością oczekiwania na przyjemności, jakoś ten listopad im mija... Druga grupa pogodowo-kalendarzowych rozmówców ma ciężej. Mroków listopada nic nie jest w stanie im rozjaśnić. „Jest ponuro, zimno, ciemno wszędzie / Luźna plomba dzwoni w zębie / Oj, co to będzie?! / Co to będzie?!" - słowa tejże kabaretowej piosenki są im szczególnie bliskie. Ten miesiąc jest dla nich wybitnie najciemniejszym miesiącem w roku. Ci skrajni listopadowi pesymiści twierdzą nawet, że listopad to trzydzieści dni przerwy w życiorysie...

A państwo... do jakiej grupy się zaliczacie? Dla Was listopad ma aż trzydzieści dni, czy tylko trzydzieści? Coś mi się wydaje, że... Wy lubicie listopad... Dlaczego? To proste! Bo tylko w listopadzie można przyjść do nas i sprawdzić, co ten listopad namalował w naszych wierszach...

 (Roman Dopieralski)

 

PS  Przepraszamy, że już grudzień, a felieton tyczy się listopada. No cóż, ten czas tak szybko leci... A czasami i powspominać warto. Skoro tak, to niebawem pojawi się na blogu jeszcze druga i trzecia część wierszy z literackiego wieczorka brackich poetów.

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Proza z wrześniowego wieczorka

sobota, 03 października 2009 15:06



BRACKI FELIETON


 


NAWET REYMONT ZACZYNAŁ OD JESIENI

No i po wakacjach! Lato już oklapło. Smucić się zatem, martwić? Czy weselić bez zbędnego biadolenia? A może przejść nad tym do porządku dziennego i zaakceptować ten coroczny cykl związany z porami roku. Taki na przykład Władek Reymont, to swoją chłopską epopeję „Chłopów" zbudował właśnie zgodnie z rytmem natury. Zaś poszczególnym tomom nadał nazwy pór roku - od jesieni poczynając! Za co Nobla nawet dostał! A co to jesień parchata jakaś, czy co? Że smarkata, to i owszem. Zazwyczaj nieco więcej tego deszczyku z chmurek idzie. Choć i lato w tym roku też nieźle posmarkało sobie, zalewając ludziskom domostwa. Co tu więc opłakiwać, że lato się skończyło? Może jesień będzie suchsza. Może przyroda - tak dla równowagi - jakoś nam to teraz wynagrodzi. Zafunduje taką piękną, słoneczną, polską złotą jesień, że będziemy rzewnie ją wspominać, jak teraz owe lato.

Nawet jedno pozytywne przysłowie o jesieni udało mi się wyszperać, mówiące że: Na jesieni co krok, to kęs. Inne z przysłów można potraktować jako cenną informację: Czym głębiej na jesień włażą robaki, tym bardziej zima daje się we znaki. Jest też złota myśl typu  - dobra rada: Jesień - schowaj rękę w kieszeń. Jeszcze inna mądrość mówi nam: Na jesieni świat się mieni.

 I to jeszcze jak! Bowiem nie tylko żółte opadające liście są tego symptomem. Takie znaki nadchodzącej jesieni, to choćby zakup ziemniaków na zimę, spadające ceny w biurach turystycznych albo taka refleksja: ...jeszcze miesiąc temu, o tej porze, było jasno... I dziewczyny coraz dłuższe zaczynają zakładać spódniczki. I kto lubi swoją teściową - ten rad, bo po sezonowej bytności na działce, przenosi się ona z powrotem do domu. Takim znakiem nadchodzącej jesieni jest również brak miejsca w kuchni, bo wszędzie pełno słoikowych przetworów. A kiedy do słoików dołączają pierniki - to już oznaka zimy. My jednak, póki co, cieszmy się tym, co mamy. Bo każda pora roku uroki swoje ma.

Roman Dopieralski

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Wieczorkowo-majowy felieton Romka D.

poniedziałek, 01 czerwca 2009 23:32

 

DRZEWO BRACKICH POETÓW

( felieton) 


„I znów zakwitną jabłonie" - taki był tytuł wieczorka literackiego. A co na to jabłonie? Ano zakwitły! Jak co roku zresztą. Już od wielu lat robimy wieczorki i zawsze ten majowy okraszony jest kwitnącymi jabłoniami. Co niektóre jabłonki w swoim rozrodzie poszły dalej i już dźwigają na sobie zalążki małych jabłuszek. Będą się one teraz pławić w słońcu, będą z drzewa - matki spijać soki, będą się budzić oszronione perlistą rosą, w której pierwsze promienie słońca jak w zwierciadle, w tęczowych zaczną się przeglądać kroplach...

I tak jabłuszkom zacznie upływać dzień po dniu. Będą się stawać coraz większe i cięższe, a gałęzie pod ich naporem zaczną się poważnie uginać. My w tym czasie będziemy jeździć na urlopy, bo to lato będzie. Nasze latorośle też będą rosnąć jak te jabłuszka. Zaś ich co niektórzy rodzice pęcznieć będą jak te jabłuszka, kiedy bez skrupułów rozprawiać się będą z kolejnym nadprogramowym schabowym.

I kiedy tak te jabłuszka będą sobie dorośleć, to my - braccy poeci - też będziemy na urlopie, na tak zwanym brackim urlopie. Bowiem w lipcu i sierpniu dajemy słuchaczom naszych wieczorków odpocząć od nas i literackich biesiad nie organizujemy. Swoją bracką działalność wznawiamy we wrześniu, kiedy akumulatory mamy naładowane, a jabłonie zaczynają pozbywać się nadmiaru swoich obfitości. Bo jak przysłowie mówi, tak długo jabłko wisi, aż spadnie...

Analogicznie do  majowo-wieczorkowego tytułu „I znów zakwitną jabłonie" - tę wrześniową biesiadę literacką można by nazwać: „I znów obrywamy jabłonie". Grudniowy wieczorek możemy zatytułować: „I znów okrywamy jabłonie", co dosłownie oznacza troskę o drzewka, by zimą nie przemarzły. Zaś tytuł jednego z pierwszych wieczorków na przedwiośniu może brzmieć: „I znów przycinamy jabłonie".

Gdy już jabłonki ładnie uformujemy, czekamy aż z nabrzmiałych pąków buchną liście. A potem koło się zamyka, bo przychodzi maj i dla maturzystów zakwitają kasztany, a dla owocowych smakoszy i dla brackich poetów - znów zakwitną jabłonie!

(Roman Dopieralski)

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

Wieczorkowy felieton bracki

wtorek, 28 kwietnia 2009 23:55

 

FELIETON W PROLOGU !!!



Ze względu na żałobę narodową, spowodowaną tragicznymi wydarzeniami w Kamieniu Pomorskim, nasz kwietniowy Wieczorek Literacki został przesunięty z trzeciego czwartku miesiąca na czwarty. Z tego też względu będzie odwrócona kolejność blogowej prezentacji tegoż wieczorka. Zamiast reportażu - najpierw będzie felieton, gdyż jest on wyjątkowo mocno związany z kwietniowym miesiącem, który niedługo się kończy. Czytanie go w maju, byłoby przysłowiową musztardą po obiedzie. A zatem ów felieton...

 

KWIECIEŃ - PLECIEŃ

Kwiecień jest miesiącem nietuzinkowym. Jako czwarty w kolejności, w otoczeniu dwóch panów M, czyli Marca i Maja, wciąż przeplata. Choć jest w całości wiosenny, to często w nim nieco zimy, trochę lata. Zaś od upamiętniających dni wprost pęka w szwach. Jest ich aż 34, więc nie sposób w tym krótkim felietonie wszystkie tutaj wymienić.

Już 1 kwietnia jest Międzynarodowy Dzień Wraków, a od 1-7 trwa Miesiąc Czystości Głów. 1 kwietnia to również Prima Aprilis. Zatem Dzień Wraków, to oczywiście Dzień Ptaków, a Miesiąc Czystości Głów należy skrócić do Tygodnia Czystości Wód. W drugi dzień kwietnia „starzy" odkładają swoje encyklopedie, tudzież „świerszczyki" i sięgają po Brzechwę, Tuwima, Konopnicką, bo to Dzień Książki dla Dzieci. 4 kwietnia jest Święto Wojskowej Służby Zdrowia, zaś 7 - Światowy Dzień Zdrowia. Apel do wszystkich chorych, zarówno tych mundurowych jak i cywilnych: Zdrowiejemy, by za rok móc kolejny taki dzień uczcić! W tym roku nawet obżarstwo jajami i polewanie wodą przypadło w kwietniu (12-13 Wielkanoc). 14 kwietnia jest Dzień Człowieka Bezdomnego, a 15 - Dzień Trzeźwości. Może zmienić kolejność? Więcej trzeźwych - mniej bezdomnych. 16 kwietnia Dzień Sapera, czyli mylącego się tylko raz. Tego samego dnia ze zdwojoną energią negujemy wszelkie prześladowania. Niech Dzień Pamięci Holocaustu uzmysławia każdemu, że wszyscy ludzie są sobie równi. 18 kwietnia Międzynarodowy Dzień Zabytków. Być może wzrośnie zainteresowanie moją osobą. 22 kwietnia Międzynarodowy Dzień Ziemi. Ważność tego dnia z każdym rokiem rośnie. Podobnie jak sterty śmieci zanieczyszczające środowisko naturalne. W Dzień Piwa (23 kwietnia) musimy wypić sporą ilość tegoż trunku z pianką, by 24 kwietnia godnie przywitać Dzień Kaca. 29 kwietnia powracamy do równowagi psychicznej i sprawnościowo-ruchowej. Międzynarodowy Dzień Tańca, po tych wszystkich dniach ważnych, z pewnością zadziała kojąco! Czego sobie o wszystkim blogowiczom serdecznie życzę!!!

(Roman Dopieralski)

 

 

PS  Następną blogowo-wieczorkową pozycją będzie spóźniony ciut reportaż.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Wieczorkowy felieton Romka Dopieralskiego.

piątek, 27 marca 2009 17:48

 

OBUDZIĆ SIĘ DO ŻYCIA"

(felieton)

 

„Obudź się do życia" - brzmi wieczorkowy tytuł. „Obudzić się do życia" - brzmi tytuł mojego felietonu. Jak je rozumieć? Czy miesiąc marzec odgrywa tutaj jakąś rolę? Wprost strategiczną można rzec, ale nie dla wszystkich. To w marcu przecież słońce przekracza punkt równonocy wiosennej, rozpoczynając wiosnę na półkuli północnej, zaś jesień na południowej stronie globu. Zatem dziwnie brzmieć może powiedzenie mieszkańcowi np. Nowej Zelandii, któremu właśnie kończy się lato, żeby obudził się do życia. Co innego w naszym klimacie. Lody już puściły. Kra spłynęła rzekami. Ptasich kluczy powraca coraz więcej. Słonko świeci częściej i dłużej. Wszelkie zwierzątka budzą się do życia, opuszczając zimowe legowiska. Wydawać się może, że w marcu wszystko wokoło dostaje jakiś impuls, by właśnie obudzić się do życia...

Cóż, nie ma wyjścia biedny człowieczyna. Jest on trybikiem w tym wszystkim, więc choćby jak niedźwiedź zapadał w sen zimowy, teraz do życia obudzić się musi! I wcale nie trzeba czekać, aż kalendarzowa nastanie wiosna. Już w pierwszy dzień marca warto zaangażować się w Międzynarodowy Dzień Walki przeciwko Zbrojeniom Atomowym, by następne pokolenia też mogły to wszechobecne przebudzanie się podziwiać. Nieco trudniej może być 5 marca, bo to Dzień Teściowej i nomen omen Dzień Dentysty. Ale już 8 marca budzą się mężczyźni i z kwiatkiem do kobiet podążają. 10 marca role odwrócone - świętuje płeć brzydsza.  14 dnia tegoż miesiąca pobudka dla matematyków z powodu Światowego Dnia Liczby Pi, zwanej również ludolfiną. Dzień później przebudzić może kupienie sobie czegoś, co sprawi przyjemność w ten Międzynarodowy Dzień Konsumenta. 17 marca jedźmy nad morze. Porządny haust jodu w Światowy Dzień Morza przebudzi jak nic. Uwaga na 20-go marca! Zwolenników schabowego przytępić może tzw. Dzień bez Mięsa. Jednak nie na długo, bo 21-szy dzień marca zarezerwowany jest na przywitanie wiosny...

Tu już nie ma wyjątków. Największe nawet susły obudzić się muszą! I choć dzisiaj dopiero 19-ty, a to oczywiście Dzień Wędkarza - mam nadzieję, że na zarzuconą przeze mnie wędkę, z owym felietonem jako przynętą, udało mi się złowić państwa zainteresowanie.

(Roman Dopieralski)


PS
W końcówce felietonu nie bez kozery użyta jest data 19 marca. Tego dnia pisany był felieton i tego też dnia miał miejsce owy bracki wieczorek literacki.
W następnym blogowym materiale ukażą się wiersze z II części wieczorka. Rzecz będzie o dniach ważnych w marcowym miesiącu.




Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Nie tylko wierszem...

poniedziałek, 02 marca 2009 23:54

 


FELIETON BRACKI

 

 

Felieton na Wieczorkach Literackich już od dawna jest jego stałą pozycją. Tym razem tytuł wieczorka brzmiał „Kochać, znaczy żyć piękniej". Czy felieton wpasował się w tematyczne ramy? Czy miłosne uniesienia kończą się wyłącznie dobrze? Kto jest kochankiem, a kto nie? Czy Messalina kochała Klaudiusza? Do kogo Słowacki smalił w młodości zelówki?

Na te pytania i wiele innych - coś niecoś w poniższym felietonie...

 

 

POCZET KOCHANKÓW W PIGUŁCE

Za sprawą Walentynek, jakby szybciej w danym roku rozpoczynamy mówić o miłości, przyjaźni, o kochaniu. Nie czekając na cieplejsze miesiące, kiedy to przyroda budzi się do życia, już w lutym wyznajemy sobie gorące uczucia. Wielu z nas właśnie w tym zimowym miesiącu zaczyna przeżywać jakąś miłosną historię, dostając najpierw walentynkową pocztówkę, by na późniejszym etapie stać się czyjąś sympatią, czy nawet kochankiem.

A skoro o kochankach mowa, to czy pierwszymi byli Adam i Ewa? Wszak nie mieli żadnych wzorów ani wyboru. Na pewno kochankami nazwać można prehistoryczną parę z epoki kamienia łupanego, bo dokonując już wyboru, nasz przodek- praszczur ciągnął swą kochankę pieszczotliwie za włosy do własnej groty. Sporą grupę kochanków można znaleźć w greckiej mitologii: Eros i Psyche, Parys  porywający piękną Helenę, co stało się przyczyną wojny trojańskiej, czy też Odyseusz i Penelopa wiernie czekająca na męża przez dwadzieścia lat. Kolejni kochankowie, to już postacie historyczne: Antoniusz i Kleopatra, których wielka miłość doprowadza do samobójstw obojga, albo zgoła inny przykład Klaudiusza i jego żony Messaliny, planującej spisek przeciwko własnemu mężowi. Średniowiecze ma kochanków trochę platonicznych, kochają więcej sercem niż ciałem. Bodaj najlepszym tego przykładem będzie Petrarka i Laura, do której ten włoski poeta sonety pisywał, uważane za wzór liryki miłosnej. Jeśli chodzi o kochanków młodzieżowych, to zdecydowanie Romeo i Julia. Trochę dziwnym kochankiem był król angielski Henryk VIII, lubiący kochać przy pomocy siekiery, ścinając choćby swoją drugą żonę, Annę Boleyn. Natomiast nasz król Jan Sobieski kochasiem był wielkim, choć wierny tylko jednej - Marysi z Francji. Kochankowie początków wieku XIX  do żeniaczki się nie spieszyli. Oto cesarz Napoleon wykiwał panią Walewską, a Słowacki tylko w młodości smolił zelówki do Ludwiki ze Śniadeckich. Zaś inny nasz wieszcz, Adaś Mickiewicz, któremu nie wyszło z Marylą od Wereszczaków, sam sobie kochanków w „Panu Tadeuszu" natworzył, czyli tytułowego Tadzia i Zosię oraz Hrabiego i Telimenę. Sienkiewicz najwyraźniej pozazdrościł Adasiowi fantazji, wyczarowując w „Potopie" Kmicica i Oleńkę, a w „Panu Wołodyjowskim - Michała i Baśkę.

A obecni kochankowie?  No cóż, należy poddać się choćby walentynkowemu urokowi. Może za sto, dwieście lat historycy coś tam o nas wyskrobią. W każdym razie nie stójmy na uboczu, bo kochać - znaczy żyć piękniej...

(Roman Dopieralski)

 

 

PS Następną powieczorkową pozycją będzie druga odsłona wierszy, które w autoprezentacjach przedstawili braccy poeci.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

Styczniowy Wieczór Literacki w prozie

sobota, 24 stycznia 2009 21:39



KRYZYSOWY KARNAWAŁ

(felieton bracki)


Karnawał! Karnawał! Karnawał! Zewsząd daje się teraz widzieć i słyszeć. Witryny sklepowe kuszą obniżką cen na różnego rodzaju lśniące lakierki i wykwintne stroje, które  na karnawał jak ulał pasują. No, może nie na każdego. Nie oszukujmy się, do takich modelowych sylwetek jakie mają wystawowe manekiny, niejednemu z nas daleko...

Zostawmy jednak te kulinarno-garderobiane sprawy na boku. Ważniejsze przecież jest nasze samopoczucie. Można choćby w samych dżinsach na bal, aby humor tylko dopisywał. A jaki ten nasz stan ducha w karnawałowym szale?

Cóż, człowiek jest istotą podatną na społeczne nastroje i opinie. Niestety, im bardziej one dramatyczne i negatywne, tym chętniej przez nas wchłaniane. Media pewnie w znacznym stopniu do tego się przyczyniają, kusząc czytelników najbardziej spektakularnymi tytułami na pierwszych stronach swoich wydawnictw, czy też prezentując telewidzom wyłącznie szokujące niusy...

Co w takim razie mają media do karnawału? Ano to, że już któraś z kolei osoba, zapytana przeze mnie, gdzie idzie na bal, odpowiada tak oto: - „Na bal? Zwariowałeś! Kryzys światowy nas czeka, a tobie bale w głowie..."

Na początku próbowałem oponować, że może nie będzie aż tak źle. Pocieszałem nawet, co bardziej wrażliwych. Jednak poczytane to zostało mniej więcej tak, że kraj w żałobie, a ja taki wesoły i niepoważny. Zaś ostatnia zagadnięta przeze mnie osoba, zmierzyła mnie takim wzrokiem, że nawet pytany przez nią o to, jak spędziłem Sylwestra - nie napomknąłem choćby słowem o balu, na którym byłem razem z małżonką. Jak nic uznany byłbym za lekkoducha i bawidamka, któremu - że tak powiem dosadnie - zwisa ogólnonarodowy kryzys.

A państwo, jakie w karnawale macie plany?

(Roman Dopieralski)



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Blogowicze chwycili za pióra...

piątek, 09 stycznia 2009 13:10

 


JAK SPĘDZIŁEM SYLWESTRA

(kontynuacja)

 

 

No i nasz apel, by blogowicze podzielili się z nami swoimi noworocznymi wrażeniami, odniósł skutek. Choć prawdę mówiąc, nie sądziliśmy, że będą to zwierzenia tak młodego człowieka - Michała, ucznia trzeciej klasy Szkoły Podstawowej nr 10 w Koszalinie. Tym bardziej zachęcamy do ich odczytania, bowiem świat widziany oczami dziecka, do tego jeszcze okraszony noworoczną otoczką - jest naprawdę bajeczny.


 

WYSTRZAŁOWA IMPREZA 9-LATKÓW


Mam na imię Michał i w tym roku skończę 10 lat. Moi koledzy i koleżanki, którzy kiedyś byli u mnie na sylwestra, od dawna dopytywali się, czy w tym roku  będę organizował przyjęcie sylwestrowe. Poprosiłem mamę - a ONA - na dwa dni przed końcem roku pozwoliła mi zaprosić moich przyjaciół . Każdy z imprezowiczów przyniósł bezalkoholowego szampana, napoje i słodycze, do tego uśmiech i dobry humor .

Nasze stroje były odświętne, ale bardziej wygodne niż dorosłych. Dziewczynki miały błyszczące getry, balowe spódniczki, lakierki, no i makijaż. Chłopcy koszule, ale bez krawatów, bo w nich jest ciasno pod szyją, a jak się po coś sięga to taki krawat wpada albo do kubka z sokiem, albo do chipsów na talerzu.

Zabraliśmy się do zrobienia dekoracji. Wycinaliśmy bibułę na serpentyny, a potem ją wieszaliśmy na nitkach przymocowanych  pod sufitem. Przyozdobiliśmy przygotowane przez mamę cyfry z nowym 2009 rokiem i przykleiliśmy je do ściany. Samodzielnie zrobiliśmy w kuchni całą masę koreczków z chleba tostowego, sera, ogórka, Mozzarelli w kulkach, salami i innych dodatków. Pracowali chłopcy i dziewczynki (wiadomo przecież, że najlepsi kucharze to mężczyźni).

Żeby „alkohol" się nie zmarnował (no bo kto wypije 5 butelek szampana o 24: 00 godzinie) postanowiliśmy wznosić szampańskie toasty co godzinę, aż do nadejścia  nowego roku.
Między toastami mama organizowała nam różne zawody.  Kto z zawiązanymi oczami trafi ciepłym lodem do buzi kolegi, kto będzie najlepszy  w grze Twister, gdzie nogi plączą się z rękami koleżanki.

Był też konkurs na najlepszy występ wokalny. Wygrali chłopcy, którzy zaśpiewali "Jozin z bazin" po czesku. Prawie wszyscy moi goście są uzdolnieni muzycznie, więc nie obyło się bez wspólnego grania na instrumentach. Była gitara, flet i keyboard na zmianę, a kto nie grał to nucił.

Nie było czasu na nudę. Nawet nie zauważyliśmy że zbliża się północ. Wznieśliśmy więc toast i polecieliśmy do okna zobaczyć jak mieszkańcy naszego osiedla puszczają fajerwerki.

Ale to nie koniec naszego wieczoru niespodzianek. Rodzice jednego z kolegów zaprosili nas na pokaz sztucznych ogni do ogródku koło swojego domku. Było fantastycznie, kolorowo i wystrzałowo!

Szkoda tylko, że nie mogliśmy bawić się do białego rana jak dorośli na prawdziwym balu. Ale nie zamierzamy czekać, aż do następnego sylwestra. Niedługo ferie i mama zgodziła się zorganizować nam bal karnawałowy.

(Michał Liss)

 

 

PS  Nasz apel o nadsyłanie sylwestrowo-noworocznych przeżyć jest nadal aktualny. Raz jeszcze przypomnę, by prace (w dowolnej formie) przesyłać na mój adres: roman.dopieralski@neostrada.pl

Zatem do piór, drodzy blogowicze!



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Napisz, jak spędziłeś Sylwestra?

niedziela, 04 stycznia 2009 22:50


 

JAK SPĘDZIŁEM SYLWESTRA



Drodzy blogowicze! Każdy z nas jakoś ten Nowy 2009 Rok przywitał. Nie ważne, czy to było w Paryżu, na ratuszowym placu swojego miasta, u znajomych, czy też nawet we własnych progach. Najważniejsze, by spędzić go radośnie. A kiedy jeszcze w gronie życzliwych osób, to chyba nic więcej w takim dniu do szczęścia nie trzeba. Zatem podzielmy się na tym blogu wrażeniami z naszych sylwestrowych chwil....

 


"BAL NA 50 PAR !!!"

 No i w końcu nie witaliśmy Nowego Roku na „białej Sali". Córka już nieco odchowana, więc trafiła do babci, a my wylądowaliśmy na sylwestrowym balu na pięćdziesiąt par.

Sala osiedlowego klubu, dopiero co odremontowana, przedstawiała się okazale. Ustawienie stołów w kształcie litery „U" dawało dużo miejsca do tańca. W jednym wolnym rogu umościł sobie miejsce disc jockey ze swoją kosmiczną aparaturą, zaś w drugim rogu były drzwi, a za nimi główne centrum kulinarno-strategiczne. To stamtąd wędrowały na stół pachnące zupy gulaszowe, dziczyzna z kuropatw, żurek na białej kiełbasie, wieprzowe flaczki, przeróżne bigosy i wszelkiego rodzaju pieczyste, sałatkowe i tym podobne wiktuały.

Niby przyszliśmy z mocną ekipą znajomych, ale siedziało się przy łączonych stołach, więc każdy z każdym bratał się i siostrzył. Z punktu widzenia faceta stwierdzam, że siostrzyć się było z kim! Spory wybór dobrze zbudowanych brunetek i niemało delikatnych blondynek. Jedynie z taneczną umiejętnością co niektórych bywało różnie. Jednak po kilku głębszych na takie szczegóły uwagi już się nie zwracało. Zresztą odporność na deptanie po odciskach też jakby z czasem się wzmacniała.

Również i atmosfera sylwestrowych szaleństw wzrastała w miarę upływu czasu. O północy, po noworocznym toaście, stokrotnych życzeniach i co najmniej tyleż krotnych buziakach - nie straszny był siarczysty mróz panujący na zewnątrz. Mężczyźni w samych tylko koszulach wybiegali, by popatrzeć na kanonadę fajerwerkowych rozbłysków na niebie. Niektórzy zza pazuchy wyciągali pirotechniczne akcesoria i z chłopięcym błyskiem w oku odpalali je, ku uciesze licznie zebranych.

I kto by pomyślał, że to nawet nie był półmetek całej zabawy, która trwała w najlepsze jeszcze przez siedem noworocznych już godzin. Skąd w człowieku tyle siły, skoro taki taneczny maraton nie był w stanie zwalić go z nóg? Może - jak to mówią - w mnogości siła! Jeden dla drugiego był jednostką napędową. Bo czyż w samotności człowiek nie gnuśnieje...

Zatem rok 2010 też trzeba będzie gdzieś na balu przywitać!!!

(Romek Dopieralski)



PS  Swoje sylwestrowe przeżycia proszę nadsyłać na mój adres e-mailowy: roman.dopieralski@neostrada.pl Ciekawsze prace zostaną na tym blogu natychmiast zamieszczone.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Wieczorkowy felieton Romka Dopieralskiego

niedziela, 21 grudnia 2008 14:52


ŚWIĘTA, ŚWIĘTA I PO ŚWIĘTACH...


Kolejna zima za pasem. Być może przyprószy śnieg, choć z tym ostatnio różnie bywa. Jak dosypie, najbardziej uradowane będą dzieci. W ruch pójdą sanki, łyżwy, narty. Każda górka, pagórek, czy jakiekolwiek wzniesienie zapełni się rozweseloną ferajną. A co na to dorośli? Rzucą raz kulką albo i nie. Będą psioczyć jak co roku na służby drogowe, że śnieg zalega. I zapewne jak co roku ten śnieg będzie zalegał. Ale jak kiedyś stanie się cud, że nie będzie zalegał, to dopiero będzie zaskoczenie...

Za to świętami cieszą się - i dorośli, i dzieci. Bynajmniej jest to widoczne przed kolędowaniem. Bo to dni wolne od pracy i tak kolorowo wokoło. Tylko, że co niektórzy już w Wigilię biadolą, że po świętach znowu do roboty...

No, ale dorośli cieszą się przecież choćby z faktu wyjazdu do rodziny, którą widzi się od święta, bo daleko mieszka. Tylko że, ten co kieruje, już o poranku w przeddzień świątecznego powrotu jest wściekły, z niemożności napicia się świątecznej naleweczki...

A ile to potem tego poświątecznego sprzątania? Tyle zawsze przygotowań, a tu rach ciach i po świętach... A ile stresu, kiedy piękna, kosztowna i w dodatku ręcznie malowana bombka z niewiadomych przyczyn pęka w dłoniach...

Po takich świętach nie daj Boże stanąć przed lustrem. Horror! Wtedy dorosłego jakby amnezja jakaś dopada. On siebie wprost nie poznaje! Bo przecież temu lustrzanemu odbiciu ktoś najwyraźniej dokleił co najmniej z dziesięć kilogramów...

Zaraz, zaraz... Faktycznie horror zaczyna się robić z mojego felietonu. To święta nie są ogólną radością?! Oczywiście, że są! Świąteczne obżarstwo jest przecież tylko niewinną ogólnonarodową tradycją. Podobnie rzecz ma się ze sprzątaniem, czyli takim od wielkiego święta. Zaś im częściej świąteczny kierowca będzie trzeźwy, tym lepsze rokowania dla jego wątroby - no i nasze i naszych bliźnich bezpieczeństwo wtedy wzrasta...

A przede wszystkim nie ma chyba nic piękniejszego od widoku dziecka, kiedy z noskiem przy zamarzniętej szybie wypatruje najpierw pierwszej gwiazdki, a później podjeżdżającego saniami pod dom Mikołaja z workiem prezentów...

(Roman Dopieralski)



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

W Święto Wszystkich Świętych

niedziela, 02 listopada 2008 21:51

 


O NICH TYLKO DOBRZE

Zaduszki

"Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą..." - przypominamy sobie słowa poety, ks. Jana Twardowskiego, w ten szczególny dzień Wszystkich Świętych. Niesamowita jest ta atmosfera nekropolii, kiedy żyjących więcej, aniżeli grobów, strojnych w świece i kolorowe chryzantemy. I w nas samych też dzieje się coś niezwykłego. Wyciszamy się, popadamy w zadumę i przede wszystkim pragniemy bliskości bliźnich...

Łacińskie przysłowie powiada: "Jeśli mówić o zmarłych to tylko dobrze". I tak też z reguły się czyni. Nawet sam czas zaciera jakieś zadry, wygładzając charaktery i poczynania obywatelom Tamtego Świata za ich żywota. Bo czyż miarą oceny zmarłych nie jest Miłosierdzie...

"Dzień zaduszny bywa pluśny" - mawia przysłowie. Tym razem niebo nie zapłakało. Świeczkom dane było palić się od wczesnych godzin rannych, aż po ich kres. Kiedy późnym wieczorem raz jeszcze poszedłem na cmentarz, oniemiałem z wrażenia. Na niebie gwiazd naręcze nie do zliczenia. Obraz doskonały - można by rzec. Zapach topionego wosku odurzał, migocące światełka pulsowały miarowo, zaś delikatny powiew ciepłego powietrza otumaniał...

Kiedy stanąłem nad grobem mojej babci i ojca mego, miałem wrażenie przeniesienia się w inny wymiar czasowy. Jakbym przyszedł z najzwyklejszą wizytą. Przed moimi oczyma jej obraz, opartej plecami o piec kaflowy, z nierozłącznym różańcem w dłoniach. On, oczywiście pod krawatem, czytający wszystko, co tylko do rąk mu wpadnie. Był dobrym zięciem. Więc i tutaj pewnie dobrze im razem. To On, na krótko przed jej odejściem, zabrał ją na pola i łąki dalekie, po których stąpała jako mała dziewczynka...

(Roman Dopieralski)

 

Zaduszki


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 19 lutego 2018

Licznik odwiedzin:  545 264  

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728    

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

Blog Krajowego Bractwa Literackiego w Koszalinie zrzeszającego lokalnych literatów głównie poetów.

O mnie


Jestem Romek spod znaku Wodnika. Mieszkam w Koszalinie. Pisanie, to mój późno odkryty żywioł. Poza tym zawsze był sport. Jestem niezłym dendrologiem drzew owocowych. Specjalizuję się w wyrobie win.

ukryj współtwórców

Statystyki

Odwiedziny: 545264
Wpisy
  • liczba: 707
  • komentarze: 5421
Galerie
  • liczba zdjęć: 93
  • komentarze: 27
Bloog istnieje od: 4230 dni

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Pytamy.pl

Pytamy.pl